Ultra Duch Puszczy 2025 – trzy historie, jedna droga
Ultra Duch Puszczy 2025. Ponad pięćset sześćdziesiąt kilometrów podlaskich dróg, lasów, łąk i wiatrów. Na imprezę zgrała się większa grupa, bo aż dziewięcioosobowa. Część to koledzy z United Eagles a część znajomi z ekipy Black Horses. Startowali razem, ale każdy z nich miał własny cel, własne tempo i własną opowieść. Oto trzy z nich: jedna na pożyczonym rowerze, druga o postawieniu wszystkiego na jedną kartę, i trzecia, na spokojnie.

Seweryn – na pożyczonym rowerze
Nigdy wcześniej nie byłem na Podlasiu, ale taki poranek jak ten w dniu startu, co pachnie wilgocią, trawą i ciszą, której jeszcze nikt nie zdążył zakłócić, był, według mnie, kwintesencją tego regionu Polski. Ruszyliśmy na trasę w przedostatniej grupie: Daniel, trzech Tomków, Maciek i ja, do tego kilku innych, co to jeszcze imion nie znałem, ale po numerach już później kojarzyłem. Pierwsze kilometry miały być takim deptaniem. Wiadomo, że dzień długi, a droga pokaże, kto i ile ma w nogach. Ale paru kozaków miało inne plany i po pierwszej minucie, dla kilku z nas zaczęła się walka o życie.

Do czterdziestego kilometra zostało nas czterech i jechaliśmy w tak zwanym sweet spocie, a tam dopadła nas grupa liderów: Cukierski, Pazikowski, Reszka i Szafranowicz. Przeleciała jak wichura, ale jakoś się wciągnęliśmy w ten wir. I przez chwilę było tak, jakby się leciało, a nie jechało. Sprinty z zakrętu, harmonijka, co chwilę trzeba było gasić ogień w nogach. Daniel miał plan, żeby utrzymać się z nimi do pierwszego punktu. Ja nie. Ja mówiłem, że do osiemdziesiątego. I słowa dotrzymałem, dla mnie było dość. W Koterce, przy cerkwi, odpuściłem. Nawet dobrze się złożyło, bo miejsce piękne, taka cisza między drzewami, że aż człowiek znowu poczuł, że jedzie po coś więcej niż tylko dla wyniku.
Od tamtej chwili przez kolejne kilkadziesiąt kilometrów jechałem sam. Mijałem tych, co akurat stali pod sklepami, niektórzy machali, inni wciągali drożdżówki, jakby były z ostatniej dostawy. I tak dojechałem pod Siemiatycze, gdzie dobiła do mnie większa grupa, a w niej znajome koszulki z Kluczborka, w tym Jarek, co to z Black Horses, ale znałem go tylko z wirtualnych jazd. Siem połączyli i jechali dalej. Razem do Drohiczyna, gdzie był pierwszy punkt. Tam kawa, łyk izo i dalej w drogę z Tomkiem Flasińskim.
Z Ciechanowcem poszło trochę inaczej niż plan zakładał, bo punkt kontrolny nie był jeszcze oznakowany i go przegapiliśmy, więc postój zrobiliśmy dopiero w Klukowie na 209. kilometrze. Było nas wtedy czterech: Piotr z Jerzmanowic, Krzysiek z Torunia, Tomek Flasiński i ja. Jak się później okazało, z Piotrem i Krzyśkiem dojechałem do samej mety. Od tej chwili jechaliśmy razem: czasem równo, czasem na zryw, jak kto miał siły. Tomek próbował się urwać, ale nie puściłem. Przed Łomżą jednak odpuścił, a ja sam doleciałem do miasta, gdzie się lekko zakręciłem i punkt kontrolny zaliczyłem już po chłopakach.
Zupa, babka ziemniaczana, zrazy – klasyka Podlasia. Do tego suche skarpetki, kawka, głowa w porządku. Dochodziła dziewiętnasta, zaczynało robić się chłodniej. Wiedziałem, że noc będzie dłuższa niż dzień. Dołączył do nas Waldek, ale już po paru kilometrach znów został z tyłu.
Do Grajewa jechało się zaskakująco dobrze. Wiatr ucichł, można było pogadać, porozglądać się. Podlasie zachodziło słońcem. Piotrek opowiadał o swoim wypieszczonym rowerze, Krzysiek, bardzo małomówna osoba, odpowiedział na parę pytań, a Tomek knuł plany na dalsze części trasy. Przed Grajewem prawie mnie rozjechał kierowca, co miał swoje plany na manewr wyprzedzania, ale jakoś się wybroniłem. Orlen w Grajewie to był ostatni punkt z ciepłym jedzeniem i ludźmi. Zapiekanka, piwo bezalkoholowe i moment prawdy: przed nami sto kilometrów pustki, bez sklepów, bez światła. Tylko my, droga i łosie.
Wjechaliśmy na Carską, potem przez Łosiostradę. Łosi nie było, ale i tak było fajnie. Za to sarny wyskakiwały jak spod ziemi. Garmin zapowiedział zakręt za 32 kilometry i nie kłamał. Przed nami tylko prosty pas szosy, puszcza po bokach i noc. Po ciemku dojechaliśmy do Starej Łupianki, gdzie gospodynie przygotowały dla nas wszystko: kartacze, zupę, babkę, smalec, ciasta, herbaty, kompoty – jak kto chciał. Tomek padł na materac, Piotrek rozgrzewał się herbatami, Waldek ładował lampki, a ja siebie wszystkim, co było w ofercie. A panie z KGW tylko się uśmiechały, jak Piotrek próbował wyżebrać od nich płynnego Ducha Puszczy.
Ruszyliśmy grubo po drugiej. Tomek jak zombi, ale jedzie. Gdy zaczął słabnąć, padło to, co musiało paść: jedziemy swoje i jak puścisz koło, to jedziesz sam. Wiadomo było, że za nami ktoś goni, więc presja na szybkie ukończenie wzrastała z każdym przestojem. Świt rozcinał niebo na pół, a my, trochę już niemi, jechaliśmy we czterech jak pociąg. Bez słów, tylko zmiany. Na ile kto mógł. Na metę wpadliśmy po 22 godzinach i 52 minutach, Tomek przyjechał dziesięć minut za nami.
Giant, na którym jechałem, był pożyczony. Kierownica węższa niż moja, ale wygodniejsza. Siodełko zaczęło mnie uwierać już po setce, potem trzeba było często wstawać w korby, żeby uratować to i owo. Na drogę wziąłem wystarczająco dużo jedzenia, by nie martwić się szukaniem sklepów: batony, musy, żele, kabanosy. Ale nie zjadłem wszystkiego i jak była okazja, by uzupełnić zapasy, to z niej korzystałem. Dodatkowo łykałem sól co dwie godziny, żeby nie łapały mnie skurcze. Tailwind w bukłaku, izo w bidonach. Na punktach jadłem wszystko, co było ciepłe. Prawie siedem litrów wypite, a i tak odwodnienie czułem jeszcze długo po mecie.

Ciało obolałe, ale tak trzeba. Duch całkiem żywy. I choć w nogach miałem 566 kilometrów, to według MyWindsocka przejechałem ponad 640. Wiatr swoje zrobił. Jak dla mnie – się podoba.
Daniel F. – na rekord
Z początku wcale nie byłem pewien, czy Duch Puszczy to coś dla mnie. Seweryn podrzucił temat, tak jakby mimochodem, że jedzie i może ktoś chce się dołączyć. I zacząłem grzebać w temacie. Patrzę: trasa płaska, w miarę szybka. Może to nie gravel, do którego jestem przyzwyczajony, ale coś mnie kusiło. W końcu nigdy wcześniej nie przejechałem na szosie więcej niż dwieście kilometrów. Coś mnie jednak tknęło i się zapisałem. W końcu trzeba spróbować czegoś innego.
Zacząłem się przygotowywać. Nie jakoś na sztywno, ale bardziej z ciekawości niż z przymusu. Zimą waga poszła w dół i na wiosnę było czuć różnicę. Trener, który na co dzień mieszka ze mną pod jednym dachem, rzucał mi kolejne zadania, a ja robiłem swoje, czasem z lepszym, czasem z gorszym skutkiem. Nawet zacząłem wrzucać swoje treningi na Stravę, choć wcześniej jakoś mnie to nie kręciło. W międzyczasie wsiąkałem w temat żywienia, siły, regeneracji. I w końcu przyszedł kwiecień – Majorka, tydzień wycisku, po którym nogi zaczęły mówić, że są gotowe.
Do Ducha już odliczałem dni. Ale pogoda nie chciała współpracować. Parę dni przed startem patrzę na prognozy – wiatr w twarz przez dwieście kilometrów. Wtedy przestałem się oszukiwać – wiedziałem, że będzie bolało. I postanowiłem, że pojadę na lekko, szybko, bez kombinowania. Bez powerbanków, bez sakw, bez litości. Jak się gra, to się nie boi – poszedłem va banque.
Start. Było słonecznie, ale wiatr już się czuło. Na linii, prócz kolegów z United Eagles, było nas kilkunastu. Po paru minutach została piątka: ja, Seweryn, Maciek, Tomek z Black Horses i Darek – każdy z innym planem, ale jedziemy razem. Tomek zaczął mocno, trzeba go było gonić. Udaje się nam jakoś ustawić w pociąg. Przez chwilę wszystko wygląda jak jazda drużynowa – zmiany, tempo, wiatr. Po godzinie za nami słychać szum... to oni. Grupa liderów z ostatniej grupy dochodzi nas jak walec. Reagujemy jak na zawołanie i wszyscy wskakujemy w pociąg.
I to był najpiękniejszy moment tego wyścigu. Lecimy – dosłownie – a z tyłu odpadają kolejni. Seweryn mówi, że Tomek został i sam planuje puścić koło na osiemdziesiątym kilometrze. Jeszcze jeden podjazd i czuję, że nie dam rady. Oni jadą, jakby to był wyścig na pięćdziesiąt kilometrów. Zostaję, ale się nie poddaję. Po paru minutach, na skrzyżowaniu, dochodzę ich z powrotem. Draftuję, nie daję zmian. Wiem, że jak zaczniemy się bawić w bohaterów, zapłacimy w nocy. Ale na kolejnym wzniesieniu znów mnie gubią. Odpuszczam. Mam nadzieję, że Seweryn albo Tomek mnie dogonią. Jadę dalej sam.

Na pierwszym punkcie kontrolnym spotykam Norberta i Darka. Rzucają hasło: „Jedziemy razem”. Zgadzam się bez wahania. Przez kolejne kilometry walczymy z wiatrem, jak z jakimś upartym duchem. Chronimy się wzajemnie, czasem przekrzykujemy przez podmuchy. Kierowcy trąbią, bo szeroko jedziemy, żeby nas boczny nie zdmuchnął. Ale jakoś to idzie. Punkt po punkcie, kilometr za kilometrem.
Na trzecim punkcie, w Łomży, Darek i Norbert decydują, że nie zatrzymują się i jadą dalej. Mówią, że wtedy nikt nas już nie dogoni. Nie mam pojęcia, na którym jestem miejscu. Nie dotykam telefonu – nie mam powerbanku, więc oszczędzam baterię. Lekki setup to lekki setup. Trzymam się swojego planu i zostaję, żeby zjeść coś konkretnego i złapać chwilę ciepła. A potem ruszam sam.
Od teraz jadę ostrożnie. Przede mną jeszcze kilkadziesiąt kilometrów pod wiatr. Jadę tak, żeby nie zmarznąć, ale też nie zagotować się przed metą. Na 420 kilometrze wrzucam kolejnego żela – i nagle żołądek mówi „dość”. Zwalniam. Boli. Ale w bidonach mam colę i piwo bezalkoholowe, które mnie ratują. Dojeżdżam do ostatniego punktu. W środku ciepło, pachnie zupą. Nie chce się wychodzić.
Po posiłku czuję się lepiej, ale wiem, że już do mety nie dam rady przyjąć żadnego żela. Jadę dalej, oszczędzając wszystko, co mogę. Dwadzieścia kilometrów przed metą dopada mnie bomba. Nogi nie chcą kręcić, robi się zimno. Ratuję się tym, co zostało w bidonie, a w głowie liczę kilometry do mety. Ostatnie metry ciągną się jak w zwolnionym tempie. A pomyśleć, że jeszcze kilkanaście godzin temu czułem się jak pros draftując czterdziestką za Mariuszem Cukierskim czy Damianem Pazikowskim.

Wreszcie meta. A tam ciepła zupa i ciepłe auto. Dopiero wtedy sięgam po telefon. Patrzę. Piąte miejsce. Mrugam raz, drugi. To serio? To się naprawdę wydarzyło? Nie wiem, czy to sen, czy rzeczywistość – ale jak dla mnie, się podoba.
Tomasz K. – na spokojnie
Ultra Duch Puszczy. Pięćset pięćdziesiąt kilometrów. Na starcie stałem obok Tomka Sobkowiaka, Maćka i kilku innych, których imion wtedy jeszcze nie znałem. Wschód był zimny, ale nie przeszywający. Powietrze pachniało polami i latem. Ruszyliśmy spokojnie, choć początek był mocny. Każdy z nas czuł w nogach ambicję i świeżość. Po paru kilometrach ułożyliśmy się w grupkę. Jechało się równo, bez szarpania, w drugiej strefie. Mijały kolejne wsie, przystanki autobusowe z wyblakłymi napisami, bociany stojące w gniazdach i patrzące na nas z góry, jakby wiedziały, że dziś nasze życie to będzie tylko jazda, wiatr i zmęczenie.

Pierwsze kilkadziesiąt kilometrów upłynęło szybko, w milczeniu, przerywanym tylko stukotem kaset i sykiem opon na asfalcie. Ale po dziewięćdziesiątym zaczęły się schody. Wiatr zmienił się w ścianę powietrza. Porywy były tak mocne, że rower tańczył pod ciałem. Czułem, jak każda minuta w tym przeciągu wyciąga ze mnie energię. Patrzyłem na licznik, odliczałem kilometry do Łomży. Dwieście osiemdziesiąty pierwszy kilometr miał być wybawieniem. Wszyscy mieliśmy tę samą myśl: w Łomży będzie lepiej, wiatr wreszcie zelżeje.
I rzeczywiście. Za Łomżą zaczęło wiać lżej, ale w nogach czuć było już przejechane godziny, a w głowie pojawiała się noc. Zapowiadali siedem stopni. Śmialiśmy się z tego gorzko, bo to przecież prawie lato. A tu Podlasie pokazało swoje prawdziwe oblicze:chłodne, ciemne, nieprzewidywalne.
Do Grajewa, na trzysta sześćdziesiątym kilometrze, dojechaliśmy sprawnie. Tam był dłuższy postój. Orlen, światło jarzeniówek, gorące zapiekanki i cola z lodówki smakowały jak najlepsza uczta. Wiedzieliśmy, że przed nami sto kilometrów bez żadnego sklepu. Tylko lasy, ciemność i droga, która, choć prosta, ciągnęła się w nieskończoność.
W nocy jechaliśmy dobrze. Zmienialiśmy się z Maćkiem i Tomkiem Sobkowiakiem na prowadzeniu, cisza była tak gęsta, że słyszeliśmy własne oddechy odbijające się od lasu. Reszta grupy milczała, nikt nie rwał się do dawania zmian. Byliśmy już zmęczeni rozmowami i proszeniem. Każdy kręcił w swoim rytmie.
Do ostatniego punktu, na czterysta pięćdziesiątym siódmym kilometrze, dojechaliśmy nad ranem. Tam czekało ciepło i jedzenie, które pachniało jak najlepsze śniadanie w życiu. Kartacze, babka ziemniaczana, zupa. Jedliśmy bez słowa, patrząc w kubki z herbatą i próbując nie zasnąć.

Potem ruszyliśmy w kierunku mety. Milcząc, odliczaliśmy każdy kilometr. Pod nogami był już tylko beton zmęczenia. Ale kiedy w końcu zobaczyliśmy linię końca, poczuliśmy, jak wszystko wraca: uśmiech, siła, duma.
Mamy to. Jest pięćset sześćdziesiąt pięć kilometrów. Dwadzieścia siedem godzin. Ultra Duch Puszczy. Jak dla mnie – się podoba.
Zakończenie
Podlasie nauczyło nas pokory. Wiatr przypominał, że nic nie jest za darmo, noc pokazała, kto potrafi cierpieć w milczeniu, a wschód słońca dał nadzieję, że meta naprawdę istnieje. Każdy z nas jechał innym tempem i z innym celem, ale wszyscy spotkaliśmy się na tej samej drodze, tej prowadzącej przez lasy, wzdłuż rzek i między cerkwiami, gdzie czas płynie inaczej i gdzie człowiek czuje się tylko małym punktem wśród wielkiej zieleni i mgieł.

Ultra Duch Puszczy nie był tylko wyścigiem. Był okazją do spotkania ze sobą, z nowymi i starymi znajomymi, z ciszą i z wiatrem. Przez kilkanaście godzin mogliśmy zapomnieć o świecie i przypomnieć sobie, co znaczy po prostu jechać przed siebie. I choć wróciliśmy zmęczeni, obolali i głodni snu, w głowach zostało jedno: jak dla nas – się podoba.











Ten post ma jeden komentarz
Fajnie się to czyta. Wygląda na to że naprawdę mega doświadczenie. Pozdro UECT