blog

Piotr Mikolajczak kolarstwo romantyczne w dłuższej wersji. 600km w samotności.

Kolarstwo romantyczne w dłuższej wersji.

Wyruszyłem z domu kilka minut przed 9 z myślą, że w sobotę o tej godzinie londyńskie ulice nie będą jeszcze zatłoczone. Musiałem przejechać całe miasto od południa aż po północ, a stamtąd obrać pierwszy cel podróży – Cambridge.

To miasto studenckie przywitało mnie pięknymi ścieżkami rowerowymi i licznym tłumem ludzi. Zrobiłem tutaj przerwę na kawę, napełnienie bidonów oraz szybką kanapkę. Mam to do siebie, że nie potrafię długo jechać na samych żelach energetycznych i batonach; po krótkim czasie czuję głód na tyle, że następne przerwy robiłem co około dwie/trzy godziny, aby napełnić bidony i zjeść kolejną kanapkę. Warto zaznaczyć, że po raz pierwszy tak dobrze kontrolowałem ilość spożywanych napojów. Jeden bidon na godzinę (0,7 litra) uważam za dobry wynik.

Trasa z Cambridge do King's Lynn jest jedną z najładniejszych, jakie kiedykolwiek przejechałem. Polecam! Około godziny 19 dojechałem do King's Lynn, gdzie miałem zaplanowaną dłuższą przerwę na konkretną kolację. Kiedy dojeżdżałem do upatrzonej pizzerii, złapałem kapcia. Postój trwał około 2 godzin. Bardzo długo czekałem na pizzę, a później jej jedzenie również trochę zajęło. To na pewno element do poprawy na przyszłość, aby usprawnić czas przerw. Choć z drugiej strony, czy muszę się spieszyć? Czy dłuższe czekanie na jedzenie cos zmieni? Czy zbawi mnie przystanek w wiejskiej kawiarni na kawę?A może przystanek przy malowniczej polanie? Na pewno nie. To tylko oddala mnie od "mety", ale przybliża do bycia "tu i teraz" i cieszenia się po prostu tym.

W tym momencie zrozumiałem, że nie liczy się sam cel, a droga. Przecież jeszcze 3-4 lata temu każdy weekend spędzałem na imprezach, a dzisiaj? Opuszczając piękne King's Lynn i kierując się z powrotem do Londynu, mijam ludzi idących na imprezy. I to było piękne uczucie.

Około godziny 22 zatrzymałem się przy stacji benzynowej, aby uzupełnić zapasy wody oraz przebrać się na noc. Tutaj chciałbym każdemu polecić szelki odblaskowe! Nie zajmują dużo miejsca, a komfort bezpieczeństwa znacznie wzrasta. Pomysł na szelki zaczerpnąłem od Marty Gryczko, z którą miałem przyjemność kilka razy rozmawiać. Gdy już wspominam tego: Chorego Pojeb*" 😀, to podczas tej wyprawy zrozumiałem jej słowa, że nie liczy się ilość kilometrów, bo to tylko suma wypadkowa. Liczy się sam fakt podróżowania. Dzięki tym słowom o wiele lepiej mi się jechało, po prostu ciesząc się tym.

Wschód słońca zastał mnie przy widoku na londyński Tower Bridge. Nie ukrywam, wzruszyłem się. Cała nocna jazda minęła bardzo przyjemnie, bez żadnego kryzysu, który nadszedł, gdy zajechałem do domu, aby założyć czyste ciuchy i zjeść mój ulubiony makaron z pesto.

I wtedy właśnie zdałem sobie sprawę, że pobyt w domu to był błąd. Niby miał ułatwić, a rozleniwił mnie. Spędziłem w nim dwie godziny i wiedziałem, że im dłużej tam będę, tym bardziej nie będzie mi się chciało ruszyć.

Następny etap podróży to trasa Londyn-Oxford, dość dobrze mi znana. Po drodze zatrzymałem się na kawę i ciastko, które myślałem, że mi pomoże, gdyż kompletnie nie miałem ochoty na żele i batony. Na szczęście energia wróciła. Wiedziałem, że kryzysy będą teraz przychodzić coraz częściej, ale byłem na to psychicznie przygotowany. "W ultra dystansach umierasz i rodzi się na nowo kilkanaście razy".

Po drodze złapałem typowe przebicie, tzw. "snake", wjeżdżając na studzienkę. W jakim pięknym miejscu przyszło mi zmieniać dętkę, tuż przy starym cmentarzu... Kiedy dojechałem do Oxfordu, zacząłem szukać chińskiego jedzenia, na które miałem ochotę od samego rana. Zamówiłem zupę i mój ulubiony makaron chow mein.

Nie zjadłem dużo makaronu, ale za to zupę – podwójną porcję – która okazała się strzałem w dziesiątkę, o czym przekonałem się wracając do Londynu i czując na nowo siłę w nogach i głowie.

Zaczął się ból palców u stóp. Od zawsze borykam się z tym problemem, ponieważ moje stopy są nieforemne i ciężko dobrać do nich buty. Ale przecież nie zrezygnuję mając na liczniku 500 km, a 100 km do domu, wiedząc, że od teraz każdy kilometr to mój rekord życiowy, który wynosi właśnie 500 km...

Ostatnie 100 km przebiegało w różnych stanach – od łez radości po te z bólu, od uśmiechu po rzucanie przekleństwami. Gdy dojechałem do domu, miałem na liczniku 580 km. Zacisnąłem zęby i dokręciłem te ostatnie 20 km, które dłużyły się niemiłosiernie. W trakcie nich dużo rozmyślałem nad tym, gdzie jeszcze byłem 4 lata temu, a gdzie jestem teraz... To była piękna podróż w głąb siebie.

Piszę to wszystko już na chłodno, po 4 dniach od tego weekendu, i dopiero dociera do mnie ten wyczyn. Zrozumiałem, dlaczego uwielbiam jeździć sam. Zrozumiałem słowa Marty, że kilometry to tylko suma wypadkowa, a liczy się sama celebracja podróży, a nie cyfry i wyniki.

Carpe diem.

Udostępnij:
Aktualności

Powiązane wpisy

Komentarze

Dodaj komentarz

Ten post ma jeden komentarz

  1. Seweryn

    Brawo, Piotrek. Przerwa we wlasnym domu to moglbyc koniec tej jazdy 🙂 Kudos za sile woli by wyjsc i dalej jechac.

    Sev

Napisz odpowiedź