„Do wszystkiego można się przyzwyczaić, ale do piękna tego miejsca – nigdy!”
Celem tej wyprawy było przejechanie przez Snowdonia National Park. Wybór padł na Traws Eryri – 200-kilometrową trasę biegnącą przez doliny, przełęcze górskie, lasy, wrzosowiska i pastwiska, omijającą wsie i miasteczka, z niebagatelnym przewyższeniem. Ale nie mogło być zbyt łatwo! Postanowiłem utrudnić sobie tę przygodę, planując przejazd i powrót z pełnym sprzętem biwakowym, zapasem jedzenia, wody i wszystkim, co mogło się przydać na wiosenną wyprawę w tym surowym środowisku.
Ale po kolei!
Start – w połowie dnia w miejscowości Machynlleth. Spokojnie, raz w górę, raz w dół, przez piękne lasy i cudowne widoki. Ale z tyłu głowy coś mówiło: to dopiero rozgrzewka. I rzeczywiście – zrozumiałem to dopiero po godzinnej, mozolnej wspinaczce. Kiedy się odwróciłem, zobaczyłem ogrom przestrzeni i – ku mojemu zdziwieniu – morze! A końca podejścia nadal nie było widać. Droga, początkowo asfaltowa, zamieniła się w szuter, a potem w prawdziwy off-road z wielkimi kałużami.
Na samej górze – jak i na każdej kolejnej – pogoda była zupełnie inna. Zacinający wiatr, deszcz, setki połamanych drzew. To nie było miejsce, by spędzić tam noc. Trzeba było jechać dalej! Kilka zjazdów do doliny, kolejny podjazd i w końcu czas rozbić obóz – razem z chmarą przeklętych meszek, które nie pozwalały nawet zawiązać buta, nie mówiąc o rozstawieniu namiotu. Z czasem i do nich człowiek się przyzwyczaja...

Pierwsza noc na dziko – jak zwykle – lekki, czujny sen. Nie dało się porządnie wyspać. Zwierzęta kręciły się wokół namiotu, w oddali ujadały psy, a przelotny deszcz budził co chwilę. I od tego poranka buty już były mokre. Na dobre. Do tego też można się przyzwyczaić.
Dzień pełen wspaniałych widoków, długich podjazdów, szybkich zjazdów. Pogoda wręcz wymarzona. Trasa płynęła jak bajka. Nawet miejsce w lesie na noc było idealne. Pojawiła się myśl: jeśli tak dalej pójdzie, ta trasa skończy się zbyt szybko. Ale... los miał inne plany.
Nazajutrz, po całonocnej ulewie, rower był czysty jak nowy – choć swoje lata świetności ma już dawno za sobą. Składanie namiotu w deszczu i śniadanie z kawą – niezbyt przyjemne. Kolejne godziny to ciężki teren, mokre ubrania, przeszywający deszcz – zero komfortu. A mimo to uśmiech nie schodził z twarzy – tak piękny był las, tak świeży był jego zapach. Ten dzień jednak dał w kość! Na jednym ze zjazdów tylni hamulec odmówił posłuszeństwa – na szczęście zakończyło się miękkim „fikołkiem” w trawie. O czwartej po południu, dotarłszy do cywilizacji, ogłosiłem kapitulację i spędziłem noc na kempingu – z gorącym prysznicem, choć o zerowym ciśnieniu.

Podobne ciśnienie panowało w ledwo tlącym się ognisku tego wieczora. Na szczęście ognista woda rozgrzewa nie tylko serce, ale i żołądek.
Rano, wypoczęty, gotowy by zakończyć Traws Eryri! Jak każdy poprzedni – poranek zaczynał się ostrym podjazdem. Przed nami przełęcz „pięciu szczytów”. Piękne asfalty wokół, ale trasa prowadziła brutalnym off-roadem. Szybka kawa pod Tryfanem – majestatyczne miejsce! Ale trzeba było ruszać dalej. Po minięciu serca Snowdonii krajobraz zaczął się zmieniać – z surowego, górskiego na nadmorski, pełen zieleni i kwiatów. Do Conwy zostało niespełna 20 km – pojawiła się ulga, poczucie spełnienia... ale trasa przypomniała, że nie jest przewidywalna ani łatwa.
Ostatni odcinek to potężny podjazd w trudnym terenie, pustkowia jak z „Władcy Pierścieni”, dzikie kuce, brody przez rzeki, szlaki zarośnięte tak, że ledwo widoczne. Zjazdy były trudniejsze niż podjazdy. Ten odcinek – 20 km – zrobił na mnie największe wrażenie.
„Do wszystkiego można się przyzwyczaić, ale do piękna tego miejsca – nigdy!”
Trasa Traws Eryri ukończona! Piękna. Nieprzewidywalna. Wymagająca.
Została ostatnia nocka – na pastwisku, z baranami – i potężny plan: przejechać cały park narodowy z powrotem do punktu startu! Oczywiście, kolejne przełęcze, deszcz, wiatr, zmęczenie materiału – wszystko dawało się we znaki. Przerzutki dwa razy odmówiły współpracy! Tego dnia naprawdę wyszedłem poza strefę komfortu. Zmarznięty, wykończony, z niekończącymi się podjazdami, z których widać było pół Walii – ale trzeba było jechać dalej. Chyba tylko dzięki żelkom Haribo, schowanym na dnie torby, udało się dokończyć tę wyprawę!
Podsumowanie:
W cztery i pół dnia, wiosną, przejechaliśmy przez Snowdonia National Park – 315 km, 6500 m przewyższenia, głównie off-road. Dni pełne deszczu, wiatru, bólu i wspinaczki – ale jednocześnie najpiękniejsze z moich rowerowych wypraw!
echałem razem z Mateuszem, z którym na zmianę klnęliśmy, zachwycaliśmy się i stawialiśmy czoła każdej przygodzie.
I tutaj dodam, drogi Czytelniku – to właśnie dla takich przygód dołączyłem do United Eagles – po to, by być szybszym, silniejszym i bardziej zdyscyplinowanym kolarzem. Przekłada się to na takie właśnie wyprawy i przygody bikepackingowe, które kocham. Dzięki temu – z uśmiechem na twarzy i w dobrej formie – jechałem przed siebie!
Swoją przygodę spisał:
Patryk Skiba
United Eagles Cycling Team















