blog

Cotswolds 113 – czyli jak smakował mój pierwszy start sezonu

Po długiej przerwie od triathlonowego ścigania wracam na trasę. Ostatnim moim dużym startem był zeszłoroczny Ironman w Vitorii-Gasteiz. Wtedy przysięgałem sobie, że nieprędko znów dam się porwać całemu temu szaleństwu – ale, jak wiemy, triathlon to nie tylko sport, to styl życia. I tak oto znalazłem się na starcie Cotswolds 113 – zawodów na dystansie średnim, w pięknej, zielonej scenerii Anglii.

Do startu przygotowywałem się samodzielnie. Bez trenera, bez planów rozpisywanych przez specjalistów. Po 11 latach w tym sporcie uznałem, że warto zaufać sobie i wiedzy, którą przez ten czas zebrałem. Przyznaję, przygotowania nie były idealne. Przez pewien czas zmagałem się z chorobą, później doszło zmęczenie psychiczne, a motywacja była raczej z tych chimerycznych. Mimo to zaskoczyło mnie, jak dobrze zadziałały dłuższe przerwy na regenerację. Forma nie spadła drastycznie, wręcz przeciwnie – wróciła szybciej, niż się spodziewałem.

Jezioro jak tafla szkła

Start pływacki odbywał się w jeziorze, którego czystość zaskoczyła mnie już od pierwszych metrów. Woda była spokojna, niemal nieruchoma. Plan był prosty – utrzymać równe tempo i nie odbiegać za bardzo od linii pływania. Płynęło mi się świetnie, ale napotkałem dwie przeszkody. Po pierwsze, nie miałem nikogo, za kim mógłbym się „zahaczyć” – drafting w wodzie to duża pomoc, ale tym razem musiałem liczyć wyłącznie na siebie. Po drugie, w połowie dystansu moje gogle zaparowały do tego stopnia, że musiałem dwukrotnie się zatrzymać i je przecierać, żeby w ogóle wiedzieć, dokąd zmierzam. Mimo tego wyszedłem z wody z czasem 37 minut i kilkunastu sekund, co było bardzo bliskie planowi.

Rower, czyli fruniesz albo nie

T1 przebiegła gładko, a potem przyszło to, na co czekałem najbardziej – rower. Tym razem jechałem na pożyczonym sprzęcie od klubowego kolegi Waldka – tym samym, na którym pokonałem trasę Ironmana w Vitorii. Cervelo P-Series to naprawdę szybka maszyna. Początkowo, przez emocje, zbyt mocno wszedłem w tempo, tętno szybowało w górę. Ale po 25 minutach złapałem rytm i wszystko zaczęło układać się idealnie. Średnia prędkość wyszła powyżej 36 km/h, a jazda była tak przyjemna, że w pewnym momencie złapałem się na tym, że się… śmieję. Przebijanie się przez kolejne grupy zawodników dawało niesamowitą satysfakcję.

Bieg – walka z kolką

Zmiana na bieg również była szybka, ale to właśnie ta ostatnia część okazała się największym wyzwaniem. Już po pierwszym kilometrze zaczęły się problemy z kolką – po obu stronach brzucha, dokładnie jak w Ironmanie w Hiszpanii. Nie wiem do dziś, co jest ich źródłem. Może to kwestia odżywiania, może napięcia emocjonalnego. Przez pierwsze 10 kilometrów każdy krok był bolesny, a każdy oddech przypominał o tym, że ciało walczy. Próbowałem wszystkiego – głębokiego oddychania, zmiany tempa, lekkiego rozciągania w biegu. I w końcu… puściło. Udało się wrócić do równomiernego tempa i poczuć, że znów kontroluję sytuację.

Na drugim okrążeniu dołączył do mnie Arran – znajomy triathlonista, który swoją obecnością dał mi ogromnego kopa mentalnego. Przez chwilę poczułem, że nie jestem sam w tej walce. Na ostatnich trzech kilometrach postanowiłem przyspieszyć. Ból już był, zmęczenie też, ale wiedziałem, że nie mam nic do stracenia. Trzeba było zagrać va banque.

Czerwony dywan i cisza po burzy

Meta to zawsze coś więcej niż tylko fizyczne zakończenie wyścigu. To moment, w którym wszystko, co bolało, wszystko, co się nie udało, po prostu znika. Czerwony dywan, kilka kroków, które pamięta się przez całe życie. Wiedziałem, że czekają tam bliscy – i to dodało mi sił.

Zakończyłem wyścig z czasem 4 godziny, 52 minuty i 19 sekund. Tylko dziesięć minut wolniej niż moja życiówka – i to przy tak wielu przeszkodach. Czułem się, jakbym wygrał.

Ten start przypomniał mi, dlaczego kocham ten sport. Niezależnie od wyniku, od bólu, od chwil zwątpienia – triathlon zawsze nagradza tych, którzy się nie poddają. A teraz? Może Ironman Weymouth we wrześniu?

Do zobaczenia na trasie! 🤙🏻

Udostępnij:
Aktualności

Powiązane wpisy

Komentarze

Dodaj komentarz

Napisz odpowiedź