Nie było już rozmów. Może tylko krótkie zdania, urwane w połowie, jak myśli podczas podjazdu. Przed nimi ostatni blok. Góra, jeszcze jedna. Dolina, z której nie chce się wychodzić. Noc, która nie przynosi snu.
Z Piazzola sul Brenta wszystko wydaje się jeszcze spokojne. Płasko, zwyczajnie. Ale to tylko złudzenie. Im dalej, tym bardziej krajobraz zaczyna mówić: przygotuj się. Droga nie krzyczy. Ona się wznosi. Nieprzerwanie. W cieniu lasu, w spirali zakrętów, które nie kończą się nigdy. San Valentino – święto wiary. Nie tej z modlitwy. Tylko tej z ciała. Gdy wszystko inne już wysiadło. Gdy zostaje tylko głos, cichy, z głębi mięśni: „Jeszcze trochę.” Fede – wiara – to nie przekonanie. To decyzja powtarzana z każdym oddechem.
Czuć tymianek. Nie z ogrodu, ale z rowów, z kamiennych ścian, które przez cały dzień oddają zapach nagrzanych ziół. Kręci się w nozdrzach razem z potem, zmieszanym ze smarem. To nie aromaterapia. To zmysłowy test przetrwania.
W grupie trzyma się Antonio Tiberi. Młody Włoch. Jeszcze nie legenda. Ale kto wie. Ma w oczach upór i niepokój. Jakby nie do końca wierzył, że to wszystko się dzieje naprawdę. Jakby wciąż pytał sam siebie: „czy dam radę?”. Ale jedzie. Jak orzeł, który wypuszczony w powietrze nie zadaje pytań – tylko szuka kierunku.
Potem pion. Ściana. To już nie droga, to verticale – pionowość. Sznur asfaltu wbity w zbocze. Bormio majaczy gdzieś wysoko, ale nie jest nagrodą. Jest tylko miejscem, które czeka. Góry nie pytają. Nie wybaczają. W każdym zakręcie czai się pytanie: zejść, czy jechać dalej?
Na tym etapie wszystko się zsuwa – ego, duma, marzenia. Zostaje tylko ciało. I chłód. Bo na górze zawsze wieje. Tam, gdzie wczoraj jechali bokiem, dziś próbują po prostu przetrwać. Mówią, że kiedyś na tej drodze stracił czas Vincenzo Nibali. I że właśnie wtedy nauczył się wygrywać.
I znów płasko. Niby łatwiej, ale łatwiej już nie istnieje. Morbegno do Cesano Maderno. Krajobraz jak tapeta w biurze: ronda, stacje benzynowe, przystanki bez ludzi. Tu przychodzi abbandono – opuszczenie. Ciało jedzie. Dusza zostaje w tyle. Nawet wiatr wydaje się znudzony. Ale nikt się nie zatrzymuje. Może właśnie dlatego, że nie ma już po co. Albo właśnie dlatego, że trzeba.
To moment, w którym niektórzy schodzą z roweru. Może któryś z faworytów. Może ktoś, kogo wczoraj nazywali nowym orłem Apenninów. Ale może też ten, który jedzie dalej – w milczeniu – okaże się prawdziwym bohaterem. Nie tym z plakatów. Tylko z drogi.
Champoluc to nie miasto. To koniec świata. Biella odpina się od cywilizacji jak stary guzik. Tu nawet oddech jest samotny. Solitudine – samotność – nie znaczy brak ludzi. To ich obecność, która nic nie zmienia. Kolarz jedzie obok innych, ale w środku jest tylko pustka. Wjeżdżając w dolinę, czuć zmienność powietrza – wilgoć świerków, zapach lawendy z balkonów, dym z pierwszych pieców. To wszystko miesza się z potem, zmęczeniem i czymś jeszcze – jakimś starym snem, którego nie można sobie przypomnieć.
Może kiedyś jechał tędy Damiano Caruso. Może wciąż wspomina tamten samotny rajd w Dolomitach. A może już nic nie pamięta – bo Giro uczy zapominać, żeby móc przetrwać.
Potem jeszcze jedno. Finestre. Ostatnia ściana. Destino – przeznaczenie. Gdzie indziej można by jeszcze udawać. Tu już nie. Tu każdy wie, kim jest. Szuter ślizga się pod kołami, tętno bije jak bęben. A przed sobą tylko Sestriere. I w głowie tylko pytanie: „czy to wszystko miało sens?” Może nie miało. Ale i tak trzeba tam dojechać.
A potem Rzym. Watykan. Plac, z którego wychodzą ostatni raz. Fine – koniec. Ale taki, który nie ma kreski, nie ma wybuchu, nie ma hymnu. Kolarze jadą cicho. Obok siebie. Niektórzy się śmieją. Inni płaczą. Piazza Venezia. Koloseum. Forum Romanum. Kamienie nie komentują. Kamienie tylko patrzą. Wiedzą, że wszystko się kończy.
Ten ostatni etap – po cichu, bez rywalizacji – miał być poświęcony komuś, kto też wierzy w drogę. W prostotę. W milczenie. Papież Franciszek – syn Argentyny, biskup Rzymu – nie krzyczał nigdy. Mówił o nadziei, o ubóstwie, o wytrwałości. Może właśnie dlatego to jego imię padło na trasie, z ust komentatorów, w przekazie dla świata. Bo kto jak nie on rozumiałby zmęczenie? Kto lepiej niż on wiedziałby, że bycie ostatnim bywa trudniejsze niż bycie pierwszym?
W bocznej uliczce ktoś zje prawdziwe gelato. Ktoś wypije espresso pod ścianą pełną starych zdjęć. A potem zostaje już tylko jeden dzień ciszy. I powrót. Do życia, które nie jest Giro. Do świata, który nie zna podjazdów. Nie zna gór. I nie zna tego, co znaczy przetrwać.
Ma loro ricorderanno. Tutto ciò che resta.
(Ale oni będą pamiętać. Wszystko, co zostaje.)



