blog

Ride Across Britain (RAB) by Tomasz Sobkowiak

“Jedynym sposobem poznania granic możliwego jest ich lekkie przekroczenie i wejście w niemożliwe”

Arthur C Clarke

Ponad dwa lata temu zdecydowałem się zapisać na jeden z eventów, który od wielu lat był na mojej liście marzeń – RAB LEJOG. Trasa wydarzenia zaczyna się w najdalej wysuniętym krańcu Wielkiej Brytanii na południu, w Land’s End w Kornwalii, a kończy w najdalej wysuniętym punkcie na północy, w John o’ Groats w Szkocji. Cała trasa liczy niecałe 1000 mil, czyli około 1600 kilometrów. Po drodze zahacza o takie perełki brytyjskiego krajobrazu jak Cheddar Gorge, Severn Bridge, Shap Fell, Glenshee, The Lecht, Lake District czy NC500, co w rezultacie daje prawie 20 000 metrów podjazdów – a to wszystko na przestrzeni 9 dni.

Czy kiedy się zapisywałem, myślałem, że wiem, co robię?
Oczywiście! Ride Across Britain organizuje ten event co 2 lata, więc miałem sporo czasu, by przygotować się fizycznie, mentalnie i skompletować odpowiedni sprzęt. Czy aby na pewno? Czas szybko minął, a ja zacząłem intensywnie przygotowywać się dopiero rok przed wydarzeniem, zwiększając intensywność treningów. Największym testem przed LEJOG-iem był dla mnie event Rapha Manchester to London – 350 km w jeden dzień, który udało mi się przejechać zgodnie z planem. Warto wspomnieć, że impreza ta jest logistycznym majstersztykiem. RAB, przez cały czas trwania eventu, zapewnia wszystkim uczestnikom noclegi, wyżywienie, prysznice, toalety, transport bagażu, fizjoterapię, pranie i suszenie ubrań, mechaników rowerowych, chaperonów, myjnie rowerowe i wiele innych usług. Wystarczy pojawić się na linii startu i dojechać do mety. No właśnie, tu zaczęły się pierwsze trudności…

Czy rzeczywistość brutalnie zweryfikowała moje plany?
Jak najbardziej! Na linię startu trzeba było najpierw dotrzeć, a po dotarciu na metę w Szkocji – jakoś wrócić do domu. Do tego rower i bagaż. Kolejny problem – mogłem zabrać ze sobą tylko 20 kg. Po kolei: rower wysłałem na linię startu busem kilka dni przed wydarzeniem. Organizator współpracował z firmą przewozową, która się tym zajmowała. Moja podróż zaczęła się dzień przed startem – najpierw pociąg do Penzance, a potem bus do Land’s End. Na miejscu odebrałem rower, dostałem namiot, piwo, coś do jedzenia i mogłem się przygotować do snu.

Pierwszy dzień rajdu był jak typowy „sportive” – 170 km, które robiłem już wiele razy. Prawdziwy challenge pojawił się dnia następnego, kiedy trzeba było wstać i przejechać to wszystko jeszcze raz. OK, po pierwszym dniu trochę bolało, ale byłem jeszcze w miarę świeży, więc drugi dzień był całkiem fajny – dobre tempo, świetna trasa, świetne towarzystwo. Podjazd przez Cheddar Gorge nie zawiódł, ale końcówka w Bath wykończyła moje nogi. I tu pojawił się kolejny problem – nie miałem czasu na zmęczenie. Po każdym etapie rutyna była ta sama: umyć rower, odebrać namiot, bagaż, rozpakować się, prysznic, wysuszyć ubrania, fizjoterapia, jedzenie, briefing, przygotować picie i jedzenie na trasę i spać. Rano wstać, spakować się, zjeść coś i w trasę. Zaczynałem rozumieć, jaka jest prawdziwa trudność tego eventu. Nie polegała ona tylko na jeździe na rowerze, ale na wszystkim, co działo się poza nią.

Po czterech dniach moja siła woli była na wyczerpaniu. Na tym etapie nie miałem żadnych kontuzji ani problemów ze sprzętem, ale spanie w namiocie nie było wygodne, co bardzo utrudniało regenerację. To mogła być chwila, w której powiedziałbym „dość”, byłem bardzo blisko, ale się nie poddałem. Użyłem Ubera i Booking.com, i piątą noc spędziłem w hotelu. Było to dozwolone przez organizatora. Udało mi się przespać jeszcze dwie następne noce w hotelu, co bardzo pomogło mi przetrwać trudniejszy okres w środku wydarzenia.

Trzy ostatnie dni były już w Szkocji. Tu zaczęło być "z górki" – widać było już metę. Szkocja wynagrodziła mi cały dotychczasowy trud. Widoki zapierały dech w piersiach, podjazdy były długie i strome, ale nagradzały je wspaniałe widoki i świetne, długie zjazdy. Pomimo kontuzji kolana, ścięgien Achillesa i szyi, każdy pokonany kilometr przynosił coraz większą satysfakcję i napełniał mnie nową energią. Ostatnie kilometry były intensywne, już nie mogłem doczekać się mety, która była wspaniałym widokiem po tych 9 dniach – ziemia obiecana! Udało się!

Czy zrobiłbym to jeszcze raz?
Bez chwili wahania! Z perspektywy doświadczenia, które zdobyłem, wiem, że nie byłem w pełni przygotowany na ten event. Byłem gotowy, żeby go przejechać, ale momentami byłem na granicy wytrzymałości. To wydarzenie to coś więcej niż sama jazda – to celebracja kolarstwa w najlepszym wydaniu. Na LEJOG jesteś otoczony ludźmi z całego świata, którzy podzielają ten sam szalony pomysł i każdego dnia pokonują te same wyzwania co Ty. Trasa jest wymagająca, ale zdecydowanie warta wysiłku – nie da się jej porównać z żadnym innym wydarzeniem w UK. Jeśli to czytasz i zastanawiasz się, a może by tak… nie zastanawiaj się, zrób to, naprawdę warto!

Udostępnij:
Aktualności

Powiązane wpisy

Komentarze

Dodaj komentarz

Napisz odpowiedź