Witam wszystkich! :)
Trasa, którą wybrałem, zainspirowana została przez londyńskich „Gladiatorów”, których serdecznie pozdrawiam!
Wyruszyłem z domu kilka minut po ósmej obładowany ciuchami na zmianę, zapasem dętek, kluczy i różnych snacków. Pogoda zapowiadała się wręcz idealnie do jazdy..
Już po 30 km nadszedł pierwszy podjazd, a według Garmina na trasie miało być ich 19, choć osobiście dodałbym jeszcze kilka do tej listy. Pierwszy postój planowałem na 100 km, aby kupić wodę do bidonów i uzupełnić zapasy przekąsek. Wiedziałem, że muszę jeść i pić dużo, aby mieć siłę na dalszą podróż. Prawdziwą radość sprawiało mi odkrywanie nowych smaków podczas moich przerw – orzechy, suszone owoce, a czasem nawet czekolada czy gotowe kanapki, które dodawały mi energii.
Kilometry mijały, a humor ciągle dopisywał. Wisienką na torcie było spotkanie z grupą PGR w Shoreham. Zjadłem tam pysznego hamburgera. Podzieliłem się z innymi swoim pomysłem, o którym do tej pory wiedziała tylko garstka osób – nie chciałem zapeszać ani wywierać na sobie dodatkowej presji. Grupa PGR dodała mi otuchy swoimi słowami wsparcia i życzeniami powodzenia. Pożegnałem się z nimi, a ich entuzjazm jeszcze bardziej zmotywował mnie do kolejnych kilometrów. Ruszyłem przed siebie, aby podziwiać zachód słońca na klifach Seven Sisters. Dojechałem na miejsce w idealnym momencie, gdy słońce już zachodziło. Przy tak pięknym widoku zjadłem „kolację” w postaci kanapek i wypiłem butelkę soku, czując, że każda minuta tej podróży jest bezcenna. To był także moment, by ubrać cieplejsze ubrania, bo czekała mnie całonocna jazda wzdłuż wybrzeża.
Zaledwie 15 minut po wyruszeniu instynkt mnie nie zawiódł – nadciągnęła mgła, która towarzyszyła mi aż do rana. Mijałem kilometry, a hałas aut z każdą minutą stawał się coraz mniej wyraźny. Około północy zrobiłem sobie przerwę w McDonald’s. Oj, jak Wrapy i Cola dodały mi energii – to było coś niesamowitego! Z każdym kęsem czułem, jak wraca siła, a chęć do dalszej jazdy rośnie.
Kolejny postój miałem około 2:30 w nocy w jakimś przydrożnym miasteczku. Tam spotkałem towarzystwo, które wracało z imprezy. Zamieniliśmy kilka słów, a ich radosne śmiechy sprawiły, że poczułem chwilową tęsknotę za nocnym życiem. Gdy dowiedzieli się, co robię w środku nocy, zaczęli mnie namawiać, abym przyjął ich zaproszenie do domu i przespał się. Oferta była kusząca, ale odmówiłem i pojechałem dalej, czując, że każda minuta spędzona na drodze przybliża mnie do celu.
Jazda przebiegała znakomicie. Na słuchawkach miałem włączone ciekawe podcasty, które prowadziły mnie przez historie ludzi pokonujących własne ograniczenia. Momentami byłem naprawdę wzruszony, że jestem w stanie pokonać swoje wyznaczone cele. Zdałem sobie sprawę, że nie chodzi tylko o kilometry, ale o przesuwanie własnych granic. To wyjście ze strefy komfortu i robienie rzeczy, które dla mnie mają ogromne znaczenie.
Słońce zaczęło wschodzić około godziny 5:30, a moje szczęście znów mnie nie opuściło – trafiłem na malowniczą polanę z widokiem na klify i wschodzące słońce. Zrobiłem sobie krótką przerwę, zjadłem kolejną porcję kanapek i napiłem się coli, a potem ruszyłem dalej, czując, że każdy kilometr to mały triumf.
Po 24 godzinach jazdy miałem na liczniku 350 km. Aby to uczcić, zatrzymałem się w Ramsgate, zamówiłem świeżą kawę i dużego omleta. Niestety, w tym momencie zaczęło mnie łapać zmęczenie. Odechciało mi się jeść, a słońce zaczęło coraz bardziej grzać, co nie ułatwiało mi zadania. Od tego momentu walka o każdy kilometr stała się jeszcze bardziej intensywna.
Ostatnie 150 km jazdy to była prawdziwa próba charakteru. Pokonywałem odcinki po 10-15 km, robiąc przerwy, które były mi potrzebne nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Niestety, obtarcia na czterech literach dawały się we znaki, a dodatkowo odczuwałem dyskomfort palców u stóp, które zaczęły się odparzać przez panujące ciepło (+30 stopni). Przerwy były dość częste, zazwyczaj zatrzymywałem się na stacjach benzynowych, pijąc różne napoje – colę, soki, napoje mineralne. Dużo energii dodawały mi angielskie sausage rolls, które stały się moim ulubionym przysmakiem w trudnych momentach.
Była to prawdziwa walka z bólem i z myślami, które mówiły: „odpuść”, ale serce krzyczało: „Dalej, dalej!” Czułem, że każdy kilometr jest wyzwaniem, ale także osobistym zwycięstwem. Gdy w końcu dojechałem do domu, nie potrafiłem powstrzymać łez radości. Mimo tak ogromnego kryzysu udało mi się spełnić swoje wyzwanie, a każda kropla potu była tego warta.
Te 500 km było moją wielką podróżą w głąb siebie, kolejnym przekroczeniem swojego progu bólu. Kiedyś mój sposób na „reset ” polegał na weekendowej imprezie, ale teraz odkryłem coś innego – rower! Ta podróż nauczyła mnie, że prawdziwa siła tkwi nie tylko w ciele, ale przede wszystkim w umyśle i determinacji.
Czy powtórzę tę trasę kiedyś? Oczywiście! Najpiękniejsza, jaką w życiu jechałem!
Długość trasy: 502 km
Czas jazdy: 23 godziny
Czas jazdy + przerwy: 35 godzin.











