blog

Gravmagedon 2024: Podróż przez Karkonosze i Góry Izerskie - Daniel Fraczek

2 sierpnia 2024 roku wziąłem udział w Gravmagedonie, wyścigu gravelowym, który przebiega przez jedne z najpiękniejszych regionów Polski i Czech. Trasa wiedzie przez malownicze Karkonosze i Góry Izerskie, oferując wymagającą mieszankę drobnego żwiru i technicznych singletracków. Zawodnicy mogą wybierać pomiędzy kategorią gravel i MTB, każda z opcją długiego i krótkiego dystansu. Gravmagedon, znany jako jeden z najtrudniejszych wyścigów gravelowych w kraju, słynie ze stromych podjazdów i błyskawicznych zjazdów.

Po mojej pierwszej ultra-przygodzie w 2023 roku, kiedy to pokonałem wyścig gravelowy w Polsce, wiedziałem, że chcę poznać inną część kraju na rowerze. Jako miłośnik gór, wybór był oczywisty: musiałem zapisać się na kolejny wyścig gravelowy w górach. Tym razem zdecydowałem się na długi dystans – 342 km z 8000 metrów przewyższenia. Była też krótsza opcja 150 km z 4000 metrów przewyższenia. Po zeszłorocznym doświadczeniu wiedziałem, że muszę się solidnie przygotować do tego wymagającego wyzwania. Przygotowania zacząłem w marcu, a z pomocą mojego syna Filipa stworzyłem plan treningowy. Wszystko szło dobrze, a wyczekiwany dzień wyścigu zbliżał się coraz szybciej.

Wreszcie nadszedł czas, aby udać się do Szklarskiej Poręby, gdzie rozpocząłbym swoje wakacje w ojczyźnie. W czwartkowy wieczór, podczas spotkania przed wyścigiem, głównym tematem rozmów było bezpieczeństwo jazdy w piątek. Pogoda była fantastyczna przez cały tydzień, ale prognoza na piątek była tylko “dobra”, jak mawia nasz prezes. Organizator próbował przekonać uczestników do zmiany na krótszy dystans, który został wydłużony do 180 km, lub do startu w sobotę. Jednak niewielu z nas dało się na to nabrać. Po rozmowie z kilkoma uczestnikami i znanymi YouTuberami, postanowiłem trzymać się swojego pierwotnego planu: wystartować w piątek rano i stawić czoła pogodzie, wzniesieniom i własnym słabościom.

Do piątkowego poranka moje podekscytowanie sięgnęło zenitu. Przybyłem na linię startu wcześnie, aby dopingować nowych znajomych, których poznałem poprzedniego wieczoru. Mój start był zaplanowany na 7:40 rano. Niestety, ponieważ organizator pozwolił uczestnikom na pewną elastyczność w godzinach startu, większość już wyruszyła, a ja przegapiłem szansę dołączenia do ‘pociągu’. Lekcja na przyszły rok.

Pierwsza część wyścigu wydawała się niekończącym się podjazdem. Jadąc głównie samotnie, nie mogłem się powstrzymać od zastanawiania się, czy cały wyścig będzie pod górę. Gdy tylko dotarłem do pierwszego zjazdu, zacząłem doganiać tych, którzy wystartowali wcześniej, i wtedy wyścig naprawdę się dla mnie rozpoczął. Znalazłem swój rytm i płynność, aż dotarłem do Przełęczy Karkonoskiej. Ku mojemu zdumieniu, na pierwszych 30 km czekał na nas monstrualny podjazd. To tutaj zdałem sobie sprawę, że po raz kolejny nie doceniłem wyzwania, tak jak w poprzednim roku. Jednak nagrodą za pokonanie podjazdu był fantastyczny zjazd, który pozwolił mi wrócić do rytmu. Trasa nigdy nie była nudna – miejscami trudna i przypominająca MTB, dokładnie tak, jak lubię. Nie zawiodłem się, a pomimo mgły, która ograniczała widoczność, pokonywałem trasę z dużą prędkością. Jedyne, czego brakowało, to widoków z powodu tejże gęstej mgły.

W miarę upływu dnia moje nogi trzymały się dobrze, ale zaczęły pojawiać się oznaki zmęczenia. Skupiłem się na dotarciu do drugiego punktu kontrolnego na 277 km. Wiedziałem, że mogę tam odpocząć, przebrać się w suche ubrania i zjeść ciepły posiłek przygotowany przez lokalne Koło Gospodyń Wiejskich. Domek pod Orzechem, gdzie znajdował się punkt kontrolny, był bardzo polecany przez doświadczonych uczestników i nie zawiódł oczekiwań co do gościnności. Miałem przyjemność doświadczyć tego osobiście.

Po zasłużonym posiłku i w świeżych ubraniach postanowiłem ruszyć dalej. W tym momencie wiedziałem, że nie mam już wiele siły, ale mając do pokonania tylko 64 km, nie mogłem się poddać. Nie byłem sam – Dobiesław i ja połączyliśmy siły na ostatnim odcinku, podczas gdy Darek i Jakub, z którymi wcześniej jechałem, zostali na chwilę dłużej, aby odpocząć.

To, co nastąpiło później, było najtrudniejszym momentem mojego życia na rowerze – czy też raczej podczas spaceru z rowerem! Organizator zdawał się być zdeterminowany, aby nas wykończyć serią stromych podjazdów na końcu. W tym momencie żałowałem, że nie zmieniłem na krótszy dystans. Moje ciało było całkowicie wyczerpane, nogi czułem jak by były martwe, a ręce miały trudności z bezpiecznym uchwytem na szybkich zjazdach. Każdy kilometr wydawał się jak dziesięć, a podjazdy były prawie niemożliwe do pokonania. Doświadczyłem chwil głębokich wątpliwości, ale przebrnąłem przez nie. Na mecie powiedziałem sobie: “Nigdy więcej”, ale po upływie 24 godzin już planowałem, jak poradzę sobie z wyścigiem w 2025 roku!

Pomimo fizycznego i psychicznego wyczerpania, pokochałem każdą chwilę tego wyścigu. Trudności, walka, wspomnienia – zostają z tobą na zawsze, budząc apetyt na więcej.

 

Udostępnij:
Aktualności

Powiązane wpisy

Komentarze

Dodaj komentarz

Napisz odpowiedź