Vitoria-Gasteiz, Hiszpania wzywała mnie, gdy byłem podekscytowany moim drugim pełnym Ironmanem! Mój kolega treningowy Neil i ja, wraz z innymi członkami Portsmouth Triathletes, mieliśmy zmierzyć się z Ironmanem w Vitoria-Gasteiz.
Neil odebrał mnie z domu i ruszyliśmy w drogę do Gatwick. Cała podróż – samochodem na lotnisko, lot, autobusem z lotniska do Bilbao, a potem kolejnym do Vitorii – poszła gładko jak po maśle. Dotarliśmy do hotelu około 21:00, gdzie spotkała nas mała niespodzianka: przypadkowo zarezerwowaliśmy dwa pokoje zamiast jednego. Ale bez problemu, szybko to załatwiliśmy i udaliśmy się na ucztę węglowodanową do pobliskiej włoskiej restauracji.
Następny dzień był pełen wrażeń: montaż roweru, rejestracja w centrum Vitorii, spotkanie z naszymi przyjaciółmi z Portsmouth Triathletes Carlą, Alexem, Mikiem i Sian, obowiązkowa pielgrzymka na targi Ironman oraz wieczorny test roweru na uroczych ulicach Vitorii. Zwieńczyliśmy dzień pizzą z całą ekipą. Spacerując z powrotem do hotelu, pełni i szczęśliwi, podziwialiśmy piękną architekturę starego miasta.
Poranek odprawy przed wyścigiem rozpoczął się od wspólnej przebiezki przed śniadaniem – trzeba rozruszać te nogi! Po śniadaniu w lokalnej kawiarni, z pyszną hiszpańską tortillą i maślanymi croissantami, nadszedł czas, aby spakować nasze torby tranzytowe, jeszcze raz sprawdzić sprzęt i upewnić się, że nasza strategia żywieniowa jest dopieta na ostatni guzik. Nastepnie wzieliśmy udział w obowiązkowej odprawie przed wyścigiem, gdzie miałem przyjemność poznać Paula Kaye'a, człowieka odpowiedzialnego za całe to wydarzenie. Po tym, zawiezlismy nasze torby do T2 i wskoczyliśmy do autobusu jadącego do oszałamiającego jeziora Landa (miejsce T1), aby ustawić nasze rowery. Szybki lunch nad jeziorem, a potem powrót do Vitorii na ostatnią ucztę makaronową z Neilem. Emocje w oczekiwanie na dzień wyścigu sięgało zenitu!
Pływanie było dyscypliną, której obawiałem się najbardziej. Wiedziałem, że nie trenowałem wystarczająco dużo; moja wytrzymałość była solidna, ale brakowało mi prędkości. Ustawiłem się z grupą 1:10, celując w tempo 1:50/100m. Jak zawsze, energia Paula Kaye'a była zaraźliwa. Sprawił, że klaskaliśmy w rytm, zaczynając powoli i przyspieszając, zachęcając wszystkich do przyłączenia się i głośniejszego klaskania. Potem, z okrzykiem "Jesteście gotowi?", "Thunderstruck" AC/DC rozbrzmiało przez głośniki, powodując gęsią skórkę na całym moim ciele. Byłem gotowy!
Zacząłem z uśmiechem, wiedząc, że to był moment, na który czekałem od zapisania się na wyścig w 2019 roku. Ta decyzja, podjęta w pubie z moimi przyjaciółmi Ironmanami po kilku kuflach, doprowadziła do tego dnia. Nadszedł czas, aby wykorzystać cały trening i poświęcenia, które poczyniłem.
"Spokojnie", powiedziałem sobie. "Płyń po stopach i po prostu przetrwaj pływanie. Zabawa zacznie się na rowerze i biegu." Ale to nie było takie łatwe. Wszyscy wydawali się znacznie szybsi ode mnie. Nie mogłem się schować za nikim na więcej niż kilkaset metrów. Pierwszy odcinek w kierunku kościoła wydawał się nieskończony. Skręt w lewo wokół czerwonej boi i kolejny odcinek, próbując po prostu przetrwać. Po drugim zakręcie zacząłem czuć się lepiej, nawet szybciej. Nie tylko mogłem utrzymać się na czyichś stopach, ale zacząłem wyprzedzać moich rywali. Mój jedyny problem polegał na tym, że nie widziałem boi, więc podążałem za innymi. To był błąd. Pod koniec, kajakarz zasygnalizował, że zboczyliśmy z kursu. Większość pływaków zignorowała go, kierując się prosto do czerwonej boi, ale ja nie byłem tam, żeby oszukiwać lub ścigać się z kimkolwiek. To było moje osobiste wyzwanie. Skręciłem w prawo, aby poprawić mój kurs, prawdopodobnie dodając około dwie minuty do mojego pływania, ale nie obchodziło mnie to. Z każdym metrem, dźwięk T1 stawał się głośniejszy. Ekscytacja rosła, gdy myslałem o zmianie na rower i podziwianiu pięknych widoków Kraju Basków.
W T1, nie spieszyłem się, upewniając się, że wszystko idzie zgodnie z planem, bez żadnych błędów. Metodycznie zdjąłem piankę, założyłem skarpetki, buty, pas z numerem startowym i kask, i włożyłem żele do kieszeni. Po zawieszeniu torby na haku, pobiegłem odebrać rower. Nie było niespodzianką, że rower Neila już zniknął; wiedziałem, że zmiażdży pływanie. Kiedy biegłem przez strefę zmian, zobaczyłem Sian machającą flagą Portsmouth Tri, krzyczącą moje imię i dopingującą mnie do świetnej jazdy. Linia startu. Wskakuję. Ruszam. Jedziemy! 🚴🏻💨
A więc, trasa rowerowa to były opisana jako "pagórkowata", z ponad 1000 metrów wspinaczki. Oczywiście, zastanawiałem się, czy uda mi się utrzymać solidne 34 km/h. Mój cel tętna to było poniżej 150 bpm, a moc miała wynosić około 170-180W. Oczywiście, zacząłem trochę za mocno (któż nie?), ale wiedziałem, że moje tętno się uspokoi, gdy się rozkręcę. Neil pomógł mi opracować strategie żywieniową: jeden żel co 22 minuty, popijany łykiem elektrolitów. Ale, bądźmy szczerzy, żłopałem to znacznie częściej - trzeba utrzymać te mięśnie słone, prawda? Moja konfiguracja to były dwie butelki: jedna na kierownicy (dla łatwego dostępu w trybie aero-posera), i zapasowa za siodełkiem. Plan był taki, żeby uzupełniać przednią butelkę na każdym punkcie odżywczym, a potem wziąć nową na tył. Działało jak marzenie! Pierwsza pętla była łatwizną (nie dosłownie). Bez szalonego upału czy wiatru, tylko oszałamiające widoki gór, złotych pól, bujnych lasów i jeziora Landa mieniącego się w oddali. Sama trasa była trochę pagórkowata, zmuszając mnie do używania małej tarczy na kilku większych wzniesieniach. Pod koniec pętli, jechałem ze średnią 34,2 km/h z tętnem 152 bpm. Czas trochę zwolnić i zachować trochę energii na maraton. Druga pętla zaczęła się od małej niespodzianki: mój przedni koszyk na bidon poluzował się. Zauważyłem namiot mechanika i poprosiłem o kilka trytytek. Podczas gdy facet grzebał w torbie, musiałem otworzyć butelkę, żeby ponownie przymocować koszyk, rozlewając elektrolity na całe przednie koło. No cóż, przynajmniej było lśniąco czyste przez jedną pętlę. Po szybkiej naprawie i przyjacielskim popchnięciu od mechanika, byłem z powrotem na trasie. Hiszpańskie słońce postanowiło się w koncu pokazać, więc temperatura poszybowała w górę. Zamieniłem się w ludzki zraszacz, chwytając butelki z wodą na każdym punkcie odżywczym i polewając się nimi doszczętnie. Moje plecy też urządziły bunt przeciwko pozycji aero, więc dodałem kilka improwizowanych rozciągnięć. A, i czy wspomniałem, że zgubiłem cały bidon z tylniego koszyka? Tak, musiałem racjonować resztki w mojej przedniej butelce do następnego punktu odżywczego. Żele zaczynały być już wtedy dość obrzydliwe, ale żebracy nie mogą być wybredni. Średnia prędkość spadła do 33,3 km/h, a moje tętno podążyło za nią do 150 bpm. Podczas trzeciej pętli byłem już ugotowany. Przegrzany, czułem się słabo i zaczynalem widzieć fate morgana 🥵 (no dobra, może nie aż tak zle). Trasa stała się bardziej opustoszała, z mniejszą liczbą kibiców i innych triathlonistów w zasięgu wzroku. Czarna myśli zawisły nad moim umysłem, odbijając wątpliwości i zmęczenie, które się wkradały. Zmagałem się z głosem w mojej głowie, tym, który szeptał, że to wszystko jest zbyt wiele, że powinienem po prostu odpuścić i dotrzeć do mety. Ale upór głęboko we mnie nie chciał się poddać. Zacząłem kopać głębiej, przypominając sobie niezliczone godziny treningu, poświęcenia i niezachwiane wsparcie tych, którzy we mnie wierzyli. To nie był czas na słabość. Po chwili, jakby na próbę mojej determinacji, czekała na nas niespodzianka - wymagająca ściana o nachyleniu 10%, co za brutalne przebudzenie! To właściwie mnie rozśmieszyło. Wiatr na szczycie przybrał na sile, dodając kolejną warstwę zabawy do tego wszystkiego. W końcu skręciłem w stronę miasta i zrobiło się znowu ekscytująco. Tłumy wszędzie, dopingujące nas głośno. Zsiadłem z roweru, podałem go wolontariuszowi (co za luksus!) i pobiegłem w dół po czerwonym dywanie jak profesjonalista. T2 było w zasięgu wzroku! Teraz tylko maraton do przebiegnięcia... Tylko?
T2 mineło jak mrugnięcie oka. Zdjełem kask, założyłem buty , czapke i okulary i wbiegłem na trasę biegu, i o matko, ten hałas! 😱 Te okrzyki! 🎉 Zdumiewające wsparcie tłumów! 📢 To było absolutne szaleństwo. 😃 Ani jednego wolnego miejsca przy barierkach, setki ludzi krzyczących twoje imię🗣️, przybijających piątki✋🏻, klaszczących👏🏻 – cała ta otoczka. Jak można było się nie dać temu ponieść? Tańczyłem, wnosiłem ręce w górę, dziękowałem wszystkim za ich niesamowitą energię. Zobaczyłem nawet Sian Hawkes, naszą jedyną kibickę z Portsmouth, co było niesamowite. 😊 Niestety, euforia nie trwała długo. Po około 1 km ostry ból dźgnął mnie po obu stronach pod żebrami. Był tak intensywny, że nie mogłem nawet oddychać. To nie była zwykła kolka; napinanie mięśni brzucha nic nie dawało. Musiałem się zatrzymać i spróbować to rozchodzić. Okazało się, że to był początek mojej przygody z marszo-biegiem. Mój plan zakładał chodzenie tylko przez punkty odżywcze, ale z tym skurczem było dużo więcej chodzenia. Na dodatek mój żołądek był bliski buntu przeciwko nadmiarowi żeli🤢. Musiałem byćostrożny. Promyk nadziei pojawił się, gdy wpadłem na Ewę Komander pod koniec mojego pierwszego okrążenia (jej trzeciego). Była wyraźnie zmęczona, nawet się nie uśmiechnęła. Wymieniliśmy kilka żartów, użalając się nad tym całym "dlaczego to znowu robimy?" i "nigdy więcej nie zapisuję się na Ironmana" 😩😅 Pocieszające było wiedzieć, że nawet profesjonaliści cierpią. 😉 Moje drugie okrążenie to był w zasadzie pit stop. Mój żołądek wydawał wszelkiego rodzaju dziwne dźwięki, więc zdecydowałem się na przerwę w toalecie. Wydostanie się, a potem założenie mokrego tri-suitu, było jak ucieczka z piekielnego labiryntu. Od tego momentu, żele zostały wykreślone z menu - dobra, stara cola stała się moim wybawieniem.🥤 Pod koniec tego okrążenia zobaczyłem znajome twarze wtbiegajace na trasę biegu, co dało mi bardzo potrzebny zastrzyk energii. Dogoniłem Carlę i Alexa zaraz po minięciu Plaza de España niedaleko mety. To było niesamowite biec choc przez chwilę z moją triathlonową rodziną. Rozmawialiśmy o etapie rowerowym, naszych zmaganiach i oczywiście, jednogłośnie zgodziliśmy się, że nigdy więcej nie zrobimy głupiego Ironmana 😅🤣 Biegliśmy razem przez pół okrążenia, ale Carla i Alex potrzebowali przerwy, a ja czułem się zaskakująco dobrze, więc kontynuowałem solo. Skurcze trochę się uspokoiły, więc oddychanie prawie wróciło do normy. Nadal szedłem przez punkty odżywcze, ale potem od razu wracałem do biegu. Gdy zacząłem moje czwarte i ostatnie okrążenie, ogarnęła mnie czysta radość. Zacząłem znowu angażować się w interakcję z tłumem, skakać, tańczyć, biegajac tyłem - tylko dla zabawy. Ciemne chwile były za mną. Moja jedyna myśl teraz brzmiała: "Nie płacz na mecie". (Robię się trochę emocjonalny po trudnym dniu). Kilometry mijały szybko. Wyprzedziłem wszystkich zawodników z AG, którzy wyprzedzili mnie wcześniej. Nic nie mogło mnie teraz powstrzymać. W oddali dostrzegłem Mike'a Hawkesa, kolejnego triatlonistę z Portsmouth, i krzyknąłem kilka słów zachęty. Byłem tak blisko... Podekscytowanie sięgnęło zenitu, gdy wbiegłem do centrum miasta. Leciałem jak na skrzydłach! Wyciągnąłem mój numer startowy z kieszeni (gdzie schowałem go dla bezpieczeństwa) i z nim w ręku, wbiegłem na słynny czerwony dywan Ironmana. Z uniesionymi rękami, triumfalnym okrzykiem, ogromnym uśmiechem na ustach, przekroczyłem linię mety slysząc te magiczne słowa od Paula Kaye'a: "Piotr, YOU ARE AN IRONMAN!"❤️🔥
Hiszpania zdobyta! 🇪🇸🏅💪🏻 Ale nie sam.
Do tych, którzy ścigali się ze mną w Hiszpanii, wasza obecność na trasie była inspirująca. Dzieliliśmy to samo mordercze wyzwanie, to samo palące słońce i to samo radosne uczucie spełnienia. Dziękuję wam za to, że się przełamaliście, za to, że mnie motywowaliście i za przypomnienie, że wszyscy jesteśmy w tym razem. I do wszystkich moich niesamowitych przyjaciół i rodziny, którzy przyjechali dopingować mnie w Hiszpanii, tych w Polsce i Wielkiej Brytanii, wasza miłość i wsparcie niosły mnie przez te kilometry. Dziękuję wam za doping z bliska i daleka, za zrozumienie długich popołudni i wieczorów poświęconych treningom i za to, że zawsze jesteście przy mnie, aby świętować zwycięstwa, duże i małe. Do tych, którzy trenowali ze mną, dziękuję za wspólne kilometry, wczesne poranki, motywację i koleżeństwo. Sprawiliście, że podróż do linii startu była równie satysfakcjonująca jak przekroczenie linii mety. Ten IRONMAN był świadectwem siły społeczności, zarówno bliskiej, jak i dalekiej. Wasze niezachwiane wsparcie umożliwiło to zwycięstwo. To dla was. ❤️
Vitoria-Gasteiz, skradłaś moje serce!
To miasto to nie tylko piękne tło dla IRONMANA, to miejsce wypełnione niesamowitą energią i najbardziej wspierającymi ludźmi. Ulice Vitoria-Gasteiz tętniły dźwiękiem dopingujących okrzyków i tych kultowych baskijskich gwizdów. Wasz entuzjazm napędzał mnie i popychał do dalszego wysiłku, gdy było ciężko. Od średniowiecznego uroku starego miasta po nowoczesny klimat nowego, to miasto to prawdziwy klejnot. A Baskowie? Ich ciepło i hojność sprawiły, że czułem się, jakbym ścigał się w domu.
Eskerrik asko, Vitoria-Gasteiz! Dziękuję za niezapomniane doświadczenie IRONMAN. Nie mogę się doczekać powrotu.

















