"Pierścień Tysiąca Jezior" to ultra wyścig kolarski odbywający się w malowniczych okolicach Warmii i Mazur. Uczestnicy pokonują trasy liczące od 140 do 610 kilometrów, przemierzając przez jeziora, lasy i wsie z różnorodnymi rodzajami nawierzchni. Wydarzenie cechuje się dobrą organizacją, liczba punktów kontrolnych umożliwia uzupełnienie zapasów i odpoczynek, a atmosfera jest pełna współzawodnictwa i wsparcia między uczestnikami. To nie tylko test wytrzymałości fizycznej, ale również okazja do odkrywania uroku regionu i doświadczania kolarskiej przygody w towarzystwie pasjonatów z różnych zakątków świata.
Na Pierścień czekałem z myślą o wspólnej przygodzie ze znajomymi z Black Horses ZTPL. Okazało się, że byłem jedynym *koniem” na starcie, bo sprawy losowe pokrzyżowały szyki pozostałym. A może obawiali się mazurskich gór? Na zawody przyleciałem specjalnie z Anglii, więc nie chciałem się rozdrabniać i zapisałem się na najdłuższy dystans 610 km, który tak naprawdę miał ich 27 więcej. To był taki "bonus" od organizatorów, który sprawił, że wyzwanie stało się jeszcze bardziej ekscytujące. Kolejny “bonus” to 4,000 metrów przewyższeń! A ponoć Mazury są płaskie…
Zaczęło się od odebrania roweru. Nie ukrywam, była to moja największa obawa: nie dość, że z Decathlonu, to jeszcze gravel. Ale plan był prosty - zmienić opony, pedały, zamontować torby, a reszta wyjdzie w praniu. Triban GRVL520 okazał się wymiarowo prawie idealny i obyło się bez zbytnich komplikacji. Po jeździe próbnej pozostało tylko dopompować koła i czekać na następny dzień.
Wyścig ten, prowadzący przez malownicze tereny pełne jezior, jest wymagający zarówno technicznie, jak i kondycyjnie. Mimo to miałem nadzieję, że Triban sprosta wyzwaniu. Maciek, mój brat, odwiózł mnie na start i cyknął pamiątkowe zdjęcie "przed". Grupa, z której zaczynałem, wyglądała na mocną, więc zapowiadało się św ietnie. Po paru kilometrach i kilku niewielkich podjazdach dogoniliśmy grupę, która zaczynała 5 minut przed nami. "Niesie nas adrenalina" - pomyślałem. Parę kilometrów dalej zaczęliśmy mijać kolejne osoby, ale z naszej początkowej grupy zostało nas już tylko trzech! Czas się ogarnąć i przeanalizować sytuację. Krótkie przedstawienie się z kolegami: Tomek ze Szczecina i Krzysiek z Rudy Śląskiej. Tomek oznajmia, że chce to skończyć w mniej niż 24 godziny, więc będzie cisnął i możemy lecieć po zmianach, kto ile może.
Szło całkiem dobrze aż do pierwszego punktu kontrolnego w Górowie Iławeckim (81 km), gdzie Tomek oznajmił, że za dwie minuty się zbieramy, bo ten postój to tylko na wodę. Wyszło trochę więcej, bo nasz "tyran" musiał poczekać, aż ja posmaruję uszy kremem przeciwsłonecznym, a Krzysiek wróci ze sklepu gdzie poszedł po colę. Szło nam całkiem nieźle, ale około 130. km Krzysiek stwierdził, że tempo jest dla niego za wysokie i odpadł. Dla mnie też było zbyt mocno, ale postanowiłem, że wytrzymam z Tomkiem do następnego punktu i wtedy sobie dłużej odpocznę. Plan był już nieaktualny po mniej więcej 20 km. Puściłem koło i na spokojnie dojechałem do Leśniewa (167 km). Punkt kontrolny był nad jeziorkiem w ośrodku wczasowym: leżaki, ludzie opalający się nad wodą, i banda spoconych i zasapanych kolarzy. Panie na punkcie serwowały prawdziwe rarytasy w sam raz na upalny dzień po stu milach jazdy na rowerze: pierogi (z pięciu rodzajów), naleśniki z serem, pomidorową i ciasta. Wydaje mi się, że te ociekające tłuszczem pierogi pokonały paru śmiałków tego dnia. Zaspokoiłem się naleśnikami, bananami i kawałkiem ciasta na drogę. Skorzystałem z umywalek, napełniłem bukłak z wodą i ruszyłem samotnie w dalszą trasę.
W międzyczasie dojechał Krzysiek, z którym zamieniłem parę słów. Chłopak musiał się porozciągać i odpocząć przed dalszą jazdą. W Pozezdrzu zatrzymałem się koło sklepu, by kupić sobie coś zimnego do picia, bo woda w bukłaku na plecach i bidonach była ciepła, oraz tabletki przeciwbólowe – stopa zaczęła mnie pobolewać i chciałem mieć to pod kontrolą. Gdy wyszedłem ze sklepu, charakterystyczna koszulka Krzyśka właśnie znikała za zakrętem. "Będzie dobry impuls, żeby go gonić" - pomyślałem. Systematycznie zmniejszałem dystans między nami aż na którymś z zakrętów prawie wpadłem na Krzyśka i jeszcze jednego uczestnika zawodów. Obaj próbowali coś naprawić w Krzyśkowym rowerze. Nawet nie rozważałem, czy jechać dalej, zatrzymałem się i próbowałem pomóc w naprawie usterki. Okazało się, że łańcuch, spadając, przekręcił się i zakleszczył między blat a ramę. Jedynym wyjściem okazało się rozpięcie łańcucha.
Ponadto okazało się również, że nasz nowy towarzysz jest z Litwy i po polsku mówi bardzo mało, ale za to jest bardzo mocny i szybki. Na tyle szybki, że po zaledwie paru kilometrach Krzysiek ponownie odpadł! We dwóch, Saulius i ja, zmierzaliśmy do Gołdapi, wymieniając doświadczeniami i rozmawiając o czymkolwiek, by zabić monotonię jazdy. Saulius okazał się doświadczonym kolarzem, który w 2023 zaliczył wisienkę na torcie ruchu Audax, czyli wyścig Paryż-Brest-Paryż. Ja na wymianę miałem swoją opowieść o All Points North.
Punkt w Gołdapi (253 km) okazał się bardzo skromny w porównaniu do wcześniejszego, ale miał wszystko, czego potrzebowałem: izotonik, banany i saszetki z musem owocowym. Saulius czuł potrzebę na colę i wyglądał na lekko zaniepokojonego. Gdy ruszyliśmy dalej, wszystko szło jak należy. W wiosce Wiżajny zatrzymaliśmy się pod sklepem na szybką przerwę. Saulius kupił sobie piwo 0% i energetyka. Przyznał się, że odczuwa dyskomfort w żołądku i piwo mu powinno pomóc, a na pewno nie zaszkodzi. Też wziąłem piwo i popiłem nim moją niezawodną bułkę z szynką i serem.
Ubranie Sauliusa (bardzo fluoro-pomarańczowe) było jak latarnia i wkrótce pod sklepem pojawił się kolejny zawodnik. Też kupił piwo. Gdy tak dopijaliśmy swoje nektary, pod sklep zajechał samochód. Musieliśmy wyglądać bardzo wymęczeni, bo pani, która z niego wysiadła, od razu stwierdziła, że musieliśmy chyba przejechać ze sto kilometrów. - Trzysta - uściślił nasz nieznany kolega. I jeszcze tyle samo nas czeka. - A gdzie macie namioty?! - zapytała pani. No cóż, każdy postój niesie ze sobą ryzyko wyjaśniania, na czym polega ultrakolarstwo. Może na następny raz wydrukuję sobie panflecik i będę wręczał każdemu, kto zapyta, czy jestem w porządku.
Po piwie jakoś lepiej się jechało. Anglia wygrała w karnych, słońce zachodziło pięknie za naszymi plecami, a przed nami majaczyła grupa kolarzy. Trochę czasu i sił nam zajęło, by się dołączyć. Wybiłem się na czoło, a Saulius został na końcu. Postanowiłem sprawdzić, z kim mamy do czynienia, bo grupa wydała mi się bardzo mieszana, jeśli chodzi o wytrzymałość. Parę podjazdów i zjazdów, a za mną tylko jedna osoba. Reszta 300 metrów za nami, w tym mój znajomy Litwin. Daliśmy się dojść i postanowiłem zbytnio nie szarżować, ale widocznie Saulius poczuł się gorzej, bo w pewnym momencie, gdy spojrzałem przez ramię, to tylko jego brakowało w grupie. Postanowiłem nie czekać, gdyż Sejny były już tuż tuż, a myśl o świeżych i suchych gaciach wygrała z nowo nawiązaną znajomością.
W Sejnach (345 km trasy) czekała iście królewska uczta: mielone z ziemniakami i surówką, pomidorowa, bułki, energetyki, batony, cola i kawa. Pierwsze co zrobiłem, to umyłem się i przebrałem. Cztery litery były podrażnione i zaczęły pobolewać. Gdy się ogarnąłem i przepakowałem, do budynku wszedł Saulius. Ledwo zaczął jeść i zniknął w ubikacji. Po czasie wyszedł i stwierdził, że musi na dłużej tu zostać i odpocząć, bo nie czuje się dobrze. Powiedziałem mu, że ruszam przed północą, więc jak się poczuje lepiej, to możemy razem ruszyć, żeby miał towarzystwo. W tym czasie do punktu dojechał Krzysztof, zmęczony i głodny. Jemu również oznajmiłem swój plan i wstępnie się ugadaliśmy na jazdę razem. Krzysztof stwierdził, że jego grupa jest na tyle fajna, że możemy się z nimi zabrać, jeśli czasowo się zgramy.
Osłabiony Saulius postanowił ruszyć samemu - chciał znaleźć ciche miejsce, gdzie mógłby się na chwilę zdrzemnąć, by się zregenerować. Jeśli chodzi o mnie, to nawet nie czułem potrzeby snu: na dworze było tak ciepło, że raczej bym poszedł pływać niż spać! Nadeszła pora ruszenia w dalszą trasę. Zebrało się nas siedem osób i w takim składzie jechaliśmy przez noc aż do hotelu Kordegarda (405 km), gdzie duch Sauliusa oświadczył, że chyba schodzi z trasy, bo nie wyobraża sobie jazdy pozostałych ponad dwustu kilometrów bez jedzenia i picia. Było z nim aż tak źle. Gdy wróciłem z ubikacji, Litwina już nie było. Po wyścigu dowiedziałem się, że zaraz za punktem znalazł przystanek i tam odpoczywał z dala od ludzi. Po solidnej porcji pomidorówki z ryżem ruszyliśmy w dalszą drogę. Była druga nad ranem, a my jechaliśmy w miarę szybko, ale mało składnie - może to przez fakt, że był środek nocy, mieliśmy już ponad 400 km w nogach albo brak zaufania do towarzyszy. Grupa się rwała i często musieliśmy czekać na ogony. Jazdę urozmaicała rozmowa i odkrywanie, kto zna kogo i skąd. Najciekawszym charakterem nowej grupy okazał się Witek ze Świdnicy, z którym mogłem pogadać o "naszych" dolnośląskich imprezach i trasach rowerowych. Bardzo pozytywna i zabawna postać, która sypała anegdotami na prawo i lewo. Droga do Wydmin zleciała bardzo szybko i zabawnie, ale odezwał się ból. Tym razem prawe kolano, ale parę tabletek uśpiło go na tyle, by nie przeszkadzał w trasie. W Wydminach byliśmy tuż po piątej i przyszedł czas na śniadanie. Krzysiek zamarzył o bułce z szynką. Akurat miałem dwie, więc jedną oddałem, samemu jedząc owsiankę. I bułki, i owsianka były w moim przepaku z Sejn, więc nie spędziły całego dnia na słońcu i były względnie bezpieczną opcją. Do tego dwa kubki kawy i czułem się, jakbym dopiero co wstał i szykował na stumilową jazdę. Uczucie trwało może 30 sekund i prysło, gdy tylko wstałem. Zapowiadała się długa i ciężka jazda do mety. Humor dodatkowo zepsuła wiadomość, że na naszej drodze będzie ulewa i kiepskie drogi. Gdy tylko zaczęły się lekkie podjazdy, kumulacja zmęczenia i tempo dały się we znaki niektórym członkom naszej grupy. Nie chciałem wyjść na buraka, ale czekanie na resztę na każdym podjeździe zaczynało być męczące i po krótkiej konsultacji, Krzysiek, Witek i Robert (z Łomży) uzgodniliśmy, że jedziemy swoim tempem i nie czekamy na resztę.
Zaczęło padać. Drogi nie dość że dziurawe, stały się teraz dodatkowo śliskie. W dodatku od jeziora Niegocin zaczęło ciągnąć zimnem. Powrócił ból kolana, a na ten odcinek trasy najbardziej czekałem: były to tereny, na których pod koniec lat 90. wybraliśmy się jako harcerze na obóz wędrowny. Mijaliśmy tabliczki oznajmiające przejazd przez Wilkasy, Giżycko czy Kętrzyn, a ja nawet nie miałem jak wyciągnąć telefonu, by zrobić choć jedno zdjęcie. Dodam, że parę godzin wcześniej upuściłem telefon podczas jazdy, gdy pomyliłem kieszonkę na plecach z numerem startowym. Podobne, nagłe awarie, przydarzyły się innym: a to światełko wypadło na przejeździe kolejowym, poluzowana torba podsiodłowa wymagała dociągnięcia, a to słuchawki wypadające z uszu pod wpływem potu.
Dojazd do Reszla świadczył o jednym: zostało mniej niż sto kilometrów do mety. Gdy tylko weszliśmy do budynku szkoły, deszcz zaczął padać jakby mocniej. Panie na punkcie zaprosiły nas do stołówki na naleśniki i zupę. Pech chciał, że stołówka znajdowała się w podpiwniczeniu, do którego prowadziły schody. Standardowo dla polskiej oświaty, wszędzie kafelki. Na ostatnim schodku noga w bucie kolarskim uciekła mi i znalazłem się na ziemi, uderzając przedramionami o kant schodka. Straszny ból, ale szybkie oględziny nie znalazły żadnych większych urazów prócz pręg na przedramionach. Trzeba było posłuchać pań, które sugerowały zdjęcie butów!
Po naleśnikach i bananie ruszyliśmy dalej. Tym razem w szóstkę, bo w międzyczasie dojechały dwie z trzech osób, które pozostawiliśmy na pastwę losu. Nie było urazy, to nie jazda grupowa i każdy jedzie po swój wynik. Pod tym względem z Krzyśkiem byliśmy w najgorszej sytuacji w tej grupie, bo weszliśmy na trasę przed resztą i żeby powalczyć o top 30, musielibyśmy znowu zgubić dwie osoby i zrobić 20 minut przewagi. Nierealne, ale postanowiliśmy spróbować. Tylko to kolano... Może była to godzina, może dwie, ale trwało wieczność, nim ból ulżył na tyle, by móc myśleć o podkręceniu tempa. Parę podjazdów i znowu zostało nas czworo, i w takim składzie, parę minut po 13:00, po 83 834 przekręceniach korby, wypoceniu 18 litrów i wypiciu 22 butelek płynów przekroczyłem linię mety. Przejechanie trasy zajęło mi 28 godzin i 31 minut. Po odebraniu medali i szybkiej rundzie uścisków i zapewnień, że już "nigdy więcej", była okazja, by dokonać wstępnej analizy z Krzyśkiem. Zajęliśmy miejsca zaraz za pierwszą trzydziestką na ponad stu uczestników. Całkiem nieźle! Zaczęliśmy rozmawiać o Sauliusie i zastanawiać się, gdzie jest i w jakim jest stanie. Mój brat oznajmił, że Litwin jedzie w stronę mety i ma może 15 km do końca. Akurat tyle potrzebowałem, żeby zjeść posiłek regeneracyjny i schować rower, gdy na zakręcie pojawiła się znajoma sylwetka fluoro pomarańczowego Saulisa. Byłem chyba bardziej szczęśliwy widząc go kończącego zawody, niż gdy sam przejeżdżałem linię mety nie dalej jak godzinę wcześniej.
Podsumowując, był to wyjątkowo szybki wyścig, być może zbyt szybki, ponieważ nie było czasu na cokolwiek innego oprócz jazdy – zrobiłem może pięć zdjęć. Trasa była wymagająca, z różnorodnymi przeszkodami i trudnymi warunkami pogodowymi, które zmusiły nas do ciągłego dostosowywania tempa i strategii. Mimo problemów zdrowotnych i technicznych, udało się nam zakończyć wyścig w dobrym czasie, a wsparcie i towarzystwo innych zawodników było bezcenne. Ich sukcesy cieszyły mnie bardziej niż moje własne.
Ten wyścig pokazał, jak ważne są determinacja, wsparcie grupy i zdolność do radzenia sobie z niespodziewanymi wyzwaniami. Mimo bólu, zmęczenia i trudności, udało się osiągnąć cel, co jest najlepszym dowodem na to, że warto było podjąć ten wysiłek. Dodatkowo rower z wypożyczalni okazał się zadziwiająco niezawodny. Podejrzewam, że ból kolana był rezultatem dopasowywania się ciała do roweru ale i tak uważam, że lepiej trafić nie mogłem bo mogło być o wiele gorzej. Choć teraz mówię „nigdy więcej”, z pewnością będę miał wiele miłych wspomnień z tej przygody które za jakiś czas zapytają: "Może by tak jeszcze raz, co?".














