blog

Pierwszy raz na połówce – mój Ironman 70.3 w Warszawie

To był mój trzeci start w triathlonie, ale pierwszy na dystansie 70.3. Pomysł udziału w Ironmanie pojawił się już w zeszłym roku – razem z kolegą z grupy treningowej, Danielem, uznaliśmy, że skoro trenujemy trzy dyscypliny, pora zmierzyć się z dłuższym dystansem.

Rok 2025 nie był dla mnie szczególnie udany. Choć pierwszy triathlon sprinterski zaliczyłem już w 2021, wiedziałem, że przed „połówką” muszę zaliczyć starty kontrolne – ogarnąć strefy zmian, sprawdzić tempa, przetestować sprzęt. Niestety – nic nie szło zgodnie z planem. Najpierw półmaraton – rozchorowałem się trzy dni przed. Później triathlon olimpijski, cztery tygodnie przed IM Warsaw – awaria linki od przedniej przerzutki i cały wyścig przejechany „na kadencję”. Jakby tego było mało, miesiąc przed startem Daniel zrezygnował z udziału z powodów osobistych. Nie ukrywam – był dla mnie dużą motywacją, zwłaszcza rowerowo. Planowaliśmy się pościgać, sprawdzić, kto jak naprawdę stoi. Ale nic straconego – mamy ambitne plany na przyszłość 😊

W czwartek przed zawodami razem z moją dziewczyną Michaliną przylecieliśmy do Katowic, żeby odebrać rower TT z serwisu. W piątek ruszyliśmy do Warszawy, nad Jezioro Zegrzyńskie, gdzie odbywało się pływanie i była strefa T1. Zrobiliśmy rekonesans trasy pływackiej i rowerowej. Sobota to już nerwy – odbiór pakietów, zostawienie rzeczy w T2 w centrum miasta, powrót nad Zegrze i logistyka wokół T1. Start w Warszawie ma specyficzny układ – dwie oddzielne strefy zmian: jedna nad jeziorem, druga w centrum, gdzie znajduje się meta.

Noc przed zawodami? Czysty chaos. Spaliśmy w Pałacu Zegrzyńskim po drugiej stronie jeziora, gdy około 3:00 w nocy do pokoju wleciał ogromny szerszeń. Michalina obudziła mnie spanikowana, pobiegła po pomoc do recepcji. Pracownik tylko stwierdził, że „to nie pierwszy raz” i że mają problemy z gniazdami. Efekt? Zero snu. W piątek – 6 godzin, w sobotę – 3. Totalna klapa, jeśli chodzi o regenerację.

Niedzielny poranek śniadanie i przejazd na start. Tłumy ludzi zmierzających w jednym kierunku – wyglądało to jak pielgrzymka na Jasną Górę 😊 Każdy miał własny cel: jedni chcieli sprawdzić formę po miesiącach treningu, inni po prostu dotrzeć do mety w limicie czasu.

Krótka rozgrzewka o 8:00 – 2 km biegu i tętno 160 (gdzie normalnie mam 125–130). Stres. Spotkanie ze znajomymi, zakładanie pianki, wejście do wody. 20 minut pływania to był świetny pomysł – pianka lepiej przylegała do ciała, kilka sprintów, dryfowanie, wyciszenie. Pomogło.

Start około 9:30. Najpierw PROsi, potem age-grouperzy – co 10 sekund po kilka osób. Ruszyłem. Pierwsze 50 metrów w płytkiej wodzie można było przebiec. Kluczowe: nie zalać okularków, nie złapać skurczu, nie dostać kopniaka w twarz. Pierwsza część pływania spokojna, klasyczny młyn – wymijanie i bycie mijanym. W drugiej połowie nieco przyspieszyłem. Tuż przed wyjściem z wody złapał mnie lekki skurcz, ale udało się go rozbiegać – do T1 było około 100 metrów.

W T1 pierwsza przygoda: dzień wcześniej padało, więc worek z rzeczami zawiązałem na kokardkę. Niestety, podczas zdejmowania z haka zrobił się supeł. W stresie nie mogłem go rozwiązać. Straciłem trochę czasu. W końcu się udało – kask, buty, pianka do worka i ruszam.

Rower? Petarda. To był dopiero mój drugi raz na TT w tym roku (pierwszy po odbiorze z serwisu, drugi – zawody... nie polecam 😅). Ale zeszłoroczny bikefitting i regularne planki 2–3 razy w tygodniu zrobiły swoje. Wytrzymałem 99% czasu w pozycji TT. Tempo? 38–40 km/h bez wielkiego wysiłku. Po godzinie tętno spadło z 170 do 155. Było super. Choć rower trwał 2h17min, wydawało się, jakby to była ledwie pół godziny – adrenalina robi swoje.

T2 poszło sprawnie – tym razem bez wpadek. No, prawie – zamek w futerale od okularów się urwał, więc pobiegłem bez nich. A bez okularów zmęczenie widać bardziej 😅 Wziąłem tylko dwa żele zamiast czterech – do dziś nie wiem czemu. Głupi błąd – brak węgli = brak paliwa.

Bieg – plan: 4:17/km, żeby wykręcić półmaraton w 1h30min. Udało się tylko przez pierwsze 2 km. Potem tempo ustabilizowało się na 4:32/km. Starałem się trzymać równe tempo, bez szarpania. Pierwszy żel na 4. kilometrze, drugi – z punktu na trasie. Niestety nietestowany wcześniej, więc po 6. kilometrze zaczęły się mdłości. Piłem dużo wody. Trzeci żel – już mój, czwarty odpuściłem – bałem się wymiotów.

Meta: czas 4h41min. Pierwszy Ironman 70.3 za mną! 😊

Ogromne podziękowania należą się Michalinie – bez niej ten start nie wyglądałby tak samo. Była niesamowitym wsparciem przed i w trakcie zawodów. Ogarnięcie serwisu, jedzenia, logistyki, hotelu – wszystko na jej barkach. Niby podstawy, ale w ferworze przygotowań łatwo o nich zapomnieć. A na trasie była wszędzie – przy wodzie, w strefach zmian, na biegu. Jej obecność i doping dawały mi niesamowitą moc 💪

Triathlon to fantastyczna przygoda. Trzy różne dyscypliny, zero nudy. Każdemu polecam spróbować!

**Plany na teraz?** Skupić się na poprawie wyników w bieganiu – 5 km i 10 km. Zimą rower – praca nad mocą i FTP. A w przyszłym roku? Kolejna połówka – ale tym razem... nie w Warszawie 😄

Udostępnij:
Aktualności

Powiązane wpisy

Komentarze

Dodaj komentarz

Napisz odpowiedź