Na wyprawę do Holandii zdecydowało się czterech śmiałków: Filip, Piotr, Tomasz i Seweryn. Mieliśmy mieszane doświadczenie w długich jazdach i ta wyprawa miała być sprawdzianem dla paru z nas.
Rozdział 1: Londyn - Calais (117 km, 6 godzin jazdy)
Spotkaliśmy się w Londynie na stacji St Pancras. Stamtąd wyruszyliśmy pociągiem do Stratford, dzielnicy, w której odbywały się Igrzyska Olimpijskie w 2012 roku. Po dotarciu na miejsce nasze serca napełnił duch sportowy, który unosił się wokół nas. Postanowiliśmy uwiecznić ten moment i zrobiliśmy szybkie zdjęcie, po czym ruszyliśmy w dalszą podróż.
Przeszliśmy pod Tamizą, korzystając z tunelu podwodnego, aby dotrzeć do Greenwich. Po drugiej stronie przywitał nas imponujący SV Cutty Sark, który jest jednocześnie statkiem-muzeum z XIX wieku. To było niezapomniane powitanie.
Podczas naszej podróży przez Londyn pokonywaliśmy kilometry w dość żwawym tempie, choć często zatrzymywaliśmy się na czerwonym świetle. Na jednym z takich przystanków przypadkowi ludzie z samochodu zagaili nas do rozmowy. Gdy dowiedzieli się, że zmierzamy na rowerach do Amsterdamu, zaczęli bić brawo i życzyć nam powodzenia. Wtedy uświadomiliśmy sobie, że nasze odległe marzenie staje się rzeczywistością - to naprawdę szalone wydarzenie.
Po kilku kilometrach odkryliśmy, że jeden z naszej grupy przypadkowo wrzucił zbyt dużo soli do bidonu z wodą. Musieliśmy zatrzymać się na szybki zakup świeżej wody, aby kontynuować podróż. Naszym czujnym przewodnikiem był Seweryn, który pilnował czasu jazdy.
W połowie trasy zatrzymaliśmy się na szybką kawę i kanapkę przy przydrożnej stacji benzynowej. Jazda szła zbyt łatwo, więc coś musiało się wydarzyć... Nagle dwóm osobom padły lampki rowerowe. Przypadło to akurat na moment, gdy przejeżdżaliśmy przez wioski, gdzie nie było oświetlenia ulicznego. Postanowiliśmy jechać w parach i oświetlać sobie wzajemnie drogę.
Kolejnym niefartem nocnej jazdy było złapanie kapcia 15 minut przed promem. Na szczęście szybko wymieniliśmy dętkę i rozluźniliśmy atmosferę kilkoma dowcipami, po czym ruszyliśmy dalej w drogę. Gdy wjechaliśmy do portowego miasta Dover, ulice były puste. Oczywiście była godzina 3:40 rano, więc normalni ludzie jeszcze spali. Z ulgą stwierdziliśmy, że zdążyliśmy na prom. Mimo zmęczenia po całonocnej jeździe, szybko się odprawiliśmy i udaliśmy się na pokład statku, który miał nas przewieźć na drugą stronę Kanału La Manche.
Gdy w końcu znaleźliśmy wolny stolik na promie z wygodnymi krzesłami, mogliśmy wreszcie chwilę odpocząć. Niektórzy z nas zjedli wcześniej przygotowane jedzenie, inni zdecydowali się na kolację lub śniadanie w restauracji promowej. Każdy z nas próbował choć na chwilę zmrużyć oczy, czy to opierając głowę na stole, czy leżąc na podłodze. Po tak nieprzespanej nocy nawet twarda podłoga wydawała się wygodna.
Po pewnym czasie prom zbliżał się do portu w Calais. Z ekscytacją w sercach przygotowywaliśmy się na kolejny etap naszej podróży. Byliśmy pełni wdzięczności za to, że udało nam się dotrzeć na prom na czas, i teraz z niecierpliwością czekaliśmy na to, co przyniesie nam dalsza część naszej przygody.
Ciekawostka kolarska: Greenwich, przez które przejeżdżaliśmy, to miejsce, gdzie zaczyna się południk zerowy. Jest to istotne dla kolarzy na całym świecie, ponieważ wszystkie długości geograficzne są mierzone od tego punktu, co ułatwia dokładne planowanie tras i mapowanie podróży. Dodatkowo, Greenwich jest miejscem startu wielu znanych wyścigów rowerowych w Wielkiej Brytanii, przyciągając zarówno amatorów, jak i profesjonalistów.
Rozdział 2: Calais - Breskens (151 km, 9 godzin jazdy)
Do Calais przybyliśmy o 7:10. Po całonocnej jeździe z Londynu do Dover zmęczenie dawało się nam we znaki, a pogoda nie zapowiadała się dobrze, więc każdy z nas ubrał się na deszcz. Plan na ten ranek zakładał postój w Dunkierce, gdzie mieliśmy zjeść śniadanie. Seweryn już dzień wcześniej mówił o swoim śniadaniowym celu – francuskiej bagietce i kawie. Zanim jednak ruszyliśmy w drogę, natura zaczęła wzywać jednego z nas, więc udaliśmy się do Oye-Plage, oddalonego o 16 kilometrów, w poszukiwaniu toalety.
Okazało się, że nie było to takie proste zadanie. Po objechaniu miasteczka, trzech supermarketów, McDonald'sa i kościoła, nie znaleźliśmy otwartej toalety. Napięcie rosło, a nasz kolega wyglądał, jakby za chwilę miał wybuchnąć. Jedynym rozwiązaniem pozostało jechać w kierunku Dunkierki i szukać czegoś po drodze. Dopiero w Dunkierce zew natury został zaspokojony, a my wszyscy odetchnęliśmy z ulgą.
Znaleźliśmy cichą i skromną kawiarnię nieopodal rzeki, gdzie każdy z nas zamówił kawę i bagietkę. Po pół godzinie byliśmy z powrotem na trasie. Droga wiodła przez malownicze francuskie krajobrazy: zielone łąki ciągnące się po horyzont, przerywane co jakiś czas przez rzędy smukłych drzew i małe, urokliwe wioski. Przejechanie pierwszych 45 kilometrów na francuskiej ziemi zajęło nam blisko trzy godziny, ale przynajmniej trochę pozwiedzaliśmy i trochę zmokliśmy, bo zaczęło lekko padać. Seweryn z radością chwycił swoją bagietkę, mówiąc, że warto było czekać, nawet jeśli musiałby po drodze przeskakiwać przez kałuże.
Z Dunkierki do granicy z Belgią było niespełna 15 kilometrów i pokonaliśmy je bardzo sprawnie, jadąc przeważnie głównymi drogami. W międzyczasie przestało padać, co poprawiło nam humory.
Na granicy czekała na nas ścieżka rowerowa wzdłuż kanału Plassendale-Dunkerque. Ścieżka miała idealną nawierzchnię, a ten lub inne kanały towarzyszyły nam aż do holenderskiej granicy. Płaski teren pozwalał nam rozwijać duże prędkości, ale co jakiś czas musieliśmy zwalniać, by przeskoczyć z jednej strony kanału na drugą. Krajobraz nie powalał oryginalnością: kanał, pole, wioska, krowy… Przed samym Brugge doszło do pewnego urozmaicenia, bo gładka nawierzchnia zamieniła się w charakterystyczne belgijskie kocie łby. Ich stan był dużo lepszy niż te z flandryjskich klasyków, więc jechaliśmy całkiem znośnie.
Około południa zaczęliśmy rozglądać się za miejscem, gdzie moglibyśmy uzupełnić płyny. W Plassendale zatrzymaliśmy się przy kawiarni o nazwie ‘t Spaans Tolhuis (Hiszpańska Rogatka), która okazała się dawną warownią hiszpańskich najemników z 1650 roku, strzegącą Brugge przed nieproszonymi gośćmi. Malownicza okolica i widok na stare mury obronne sprawiały, że można było na chwilę zapomnieć o zmęczeniu.
Około 16-tej wtoczyliśmy się do Brugge, gdzie znaleźliśmy pustą frytkarnię. Właściciel właśnie szykował się na zamknięcie lokalu, ale po nieskładnej wymianie zdań, gdy dowiedział się, że jesteśmy w trakcie drogi do Amsterdamu, przyjął nasze zamówienie. Posiłek opierał się na frytkach i dodatkach mięsnych oraz rybnych.
Czas nas gonił, więc zamiast zwiedzać Brugge, ruszyliśmy w dalszą drogę. Do granicy z Holandią zostało mniej niż 15 kilometrów. Przekroczyliśmy granicę nieopodal miejscowości Sluis, gdzie właśnie kończyła się lokalna uroczystość. Nie do końca wiedzieliśmy, kto i co świętuje, ale przystanęliśmy na chwilę, by zrobić parę zdjęć wielkim kukłom ciągniętym przez miasteczko, i ruszyliśmy dalej w stronę Breskens. 150 kilometrów od Calais czekała nas kolejna przeprawa promem. Dochodziła szesnasta, gdy wchodziliśmy na pokład promu do Vlissingen, a Tomek, jakby nic się nie stało, postanowił nasmarować swój łańcuch…
Ciekawostka kolarska: Brugge, znane również jako Brugia, jest często startowym miejscem dla wyścigu Ronde van Vlaanderen, jednego z najsłynniejszych klasyków kolarskich na świecie. Wyścig ten, zwany również "Flandryjskimi Górami," jest znany ze swoich wymagających tras, brukowanych dróg i stromych podjazdów, które przyciągają najlepszych kolarzy z całego świata.
Rozdział 3: Breskens - Volendam (200 km, 12 godzin jazdy)
Przeprawa promem była dość krótka, co pozwoliło nam trochę porozmawiać i pośmiać się wspólnie. Po opuszczeniu promu okazało się, że Tomek ma problem z tylnymi przerzutkami. W miarę szybko rozwiązaliśmy problem i zdążyliśmy napić się kawy przed dalszą podróżą. Trasa prowadziła wzdłuż wybrzeża, gdzie mieliśmy przyjemne widoki na plaże oraz Morze Północne. Na tej trasie przejeżdżaliśmy przez kilka zapór sztormowych łączących holenderskie półwyspy oraz wyspy. Również przejeżdżaliśmy przez zaporę przeciwsztormową (Oosterscheldekering), która leży w prowincji Zelandia, gdzie odbywają się coroczne holenderskie mistrzostwa kolarskie pod wiatr (Dutch Headwind Cycling Championships).
Trasa do Rozenburga przebiegła spokojnie, gdzie czekała nas ostatnia przeprawa promem. Wiedzieliśmy już, że nie dotrzemy do hotelu przed północą. Ponieważ zbliżał się już zmrok, postanowiliśmy że do Rozenburga jedziemy bez dodatkowego postoju i zjemy ostatni posiłek w Maassluis. Po dotarciu do Rozenburga około godziny 21:15 kilka minut musieliśmy poczekać na prom, który był przeznaczony tylko do przewozu rowerów. Seweryn poinformował hotel że nie będziemy do północy (do północy musieliśmy się zameldować, inaczej rezerwacja by przepadła) i przedłużył nasze zameldowanie. Na promie zamieniliśmy kilka zdań z parą kolarzy i po informacji, że jedziemy z Londynu do Amsterdamu, polecili nam pobliski hotel. Przepłynięcie promem zajęło około 10 minut. Od razu pojechaliśmy szukać jakiejś jadłodajni, co okazało się również wyzwaniem. Finalnie znaleźliśmy bar, gdzie spożyliśmy ostatni posiłek. Opuszczając Maassluis około godziny 22:30, zostało nam do pokonania w granicach 110 km.
Droga była bardzo spokojna, ale bardzo ciemna i kręta, gdzie musieliśmy też dostosować tempo do Piotrka, który najbardziej odczuł przejechany dystans i czas bez snu. Jeszcze jeden krótki przystanek na przystanku autobusowym przed Amsterdamem, gdzie ewidentnie Piotruś marzył już o łóżku hotelowym. Nawet padło zdanie, żeby dwóch z nas pojechało trochę szybciej i ogarnęło hotel, ale nasze hasło wyjazdowe brzmiało: „Zaczynamy przygodę razem i kończymy razem.” Dotarliśmy do Amsterdamu, gdzie zatrzymaliśmy się na zrobienie kilku zdjęć, a podziwianie Amsterdamu nocą odbywało się z pozycji siodełka rowerowego.
Amsterdam nie był naszym miejscem noclegowym, musieliśmy jeszcze przebyć drogę do Volendam, która prowadziła ścieżkami rowerowymi przez słabo oświetlone pola, około 20 km. Dotarliśmy do hotelu o 3:00 nad ranem, zmęczeni, ale zadowoleni. Zameldowanie przebiegło sprawnie i szybko dostaliśmy się do pokoi hotelowych. Niektórzy z nas byli tak zmęczeni, że zasnęli w pozycji pół siedzącej z telefonem w ręku.
Ciekawostka kolarska: Tradycyjnie Dutch Headwind Cycling Championships (Holenderskie Mistrzostwa Kolarskie pod Wiatr) odbywają się na wybrzeżu, w prowincji Zelandia na południu Holandii. Trasa wyścigu o długości 8,5 km wiedzie wzdłuż zapory przeciw sztormowej Oosterscheldekering biegnącej przy plaży. Dozwolone są tylko rowery jednobiegowe i wszystkie są dostarczane przez organizatora imprezy. Pomimo ogromnego zainteresowania holenderskich rowerzystów tym wyścigiem, z listy wybieranych jest tylko 300 osób (lub 25 drużyn czteroosobowych). Coroczny wyścig na czas, który od 2013 roku stał się już tradycją, jest zwykle ogłaszany na trzy dni przed spodziewanym sztormem.
Rozdział 4: Volendam - Hook of Holland (dwa odcinki łącznie 50 km i 3 godziny jazdy)
Po pięciu godzinach snu oraz wypraniu ubrań kolarskich zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w podróż powrotną. Niestety, znowu musieliśmy się spieszyć, aby zdążyć na prom. Z tego powodu część trasy postanowiliśmy skrócić. Z Volendam do Amsterdamu przejechaliśmy na rowerach, a stamtąd do Hagi udaliśmy się pociągiem.
W Hadze, mimo że Holandia słynie z rowerów, znalezienie restauracji przyjaznej dla rowerzystów okazało się nie takie proste. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na szybką kawę i ciasto, po czym kontynuowaliśmy podróż rowerami. Na pożegnanie Haga sprawiła nam jeszcze dwa psikusy – Filip wyłożył się na szynach tramwajowych, a Piotr został lekko poturbowany przez innego cyklistę, który, mimo że przewoził dwójkę dzieci na cargo bike’u, postanowił wcisnąć się między Piotrka a ruch samochodowy. Cóż, widać Haga ma swój unikalny sposób na rowerzystów. Po opuszczeniu miasta ruszyliśmy w stronę Hook of Holland kierujac sie do do Scheveningen by tam wjechać na ścieżki rowerowe wzdłuż holenderskich plaż. Krajobraz rekompensował warunki, które były dość ciężkie, ponieważ przez całą drogę jechaliśmy pod wiatr.
Na prom zdążyliśmy szczęśliwi i zadowoleni z udanej wyprawy. Po chwili byliśmy w swoich kajutach. Odświeżeni ruszyliśmy na główny pokład w poszukiwaniu jedzenia i meczu. Akurat trwał finał Euro 2024 i wszystkie wolne miejsca przed telewizorami były zajęte przez angielskich kibiców. Po zakończeniu meczu udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Rankiem, po dotarciu do Harwich, mieliśmy chwilkę na pożegnanie, i każdy ruszył w stronę swojego domu.
Ciekawostka kolarska: Haga jest znana z licznych ścieżek rowerowych, które są częścią holenderskiego systemu "Fietsknooppunt". Ten system to siatka znakowanych tras rowerowych, które łączą różne miasta i regiony w Holandii. Dzięki niemu można łatwo planować trasy, a jedna z najważniejszych ścieżek, prowadząca z Hagi do Scheveningen, jest popularna wśród rowerzystów ze względu na malownicze widoki nadmorskie. W 2019 roku Haga została uznana za jedno z najbardziej przyjaznych miast rowerzystów w Europie przez magazyn „Cycling Weekly”, co jest dowodem na doskonałą infrastrukturę i zaangażowanie w promowanie kultury rowerowej.

Podsumowanie
Podsumowując, w 48 godzin od wyjazdu z Londynu, spędziliśmy 30 godzin na siodełkach żeby przejechać 518 kilometrów do Volendam a następnie do Hook of Holland. Podczas tej niezwykłej wyprawy nie tylko odkryliśmy piękno różnych regionów, ale także przekroczyliśmy swoje dotychczasowe granice – zarówno czasowe, jak i kilometrowe. Z każdym dniem stawaliśmy się silniejsi i bardziej zgrani jako zespół. Ból, który towarzyszył nam w trakcie podróży, szybko minie, ale wspomnienia z tej epickiej przygody pozostaną z nami na zawsze. Każdy kilometr, każda przygoda i każda przeszkoda była częścią niezapomnianej podróży, którą będziemy wspominać przez długi czas.


























Ten post ma 2 komentarzy
Mega wyprawa panowie! Pełen szacun! Brawo!
Bardzo, bardzo mi się podoba Wasze zgranie i wspólna pasja. Opis wyprawy ubarwia moja wyobraźnie. Tym bardziej w sytuacji upadku Filipa, który zna pady judo. Może pomyślicie o przyjeździe do Będzina, cudnego miasta z pięknym zamkiem na Zagłębiu ale połączcie to no. z akcja pomocy komuś – wówczas robicie to co lubicie a przy okazji pomagacie potrzebującej osobie. Trzymam kciuki za kolejną wyprawę i już się nie mogę doczekać gdzie pojedziecie. Pozdrawiam Wszystkich Jola szczególnie Filipa “braciszka”